Objawił się, jak powiadam, zaskakująco. Zza najmroczniejszego węgła, z telewizora po części wylazł, po trosze z gazet, mało wiele wychynął z portali społecznościowych. W jaki sposób się ostatecznie ucieleśnił, na inny czas to historia, dość powiedzieć, iż razu pewnego stanął przede mną w szczurzym uniformie i dumnie zgarbiony wycharczał, bo głos ma zaiste szkaradny: "Jam Rzepman!". Potem chciał jeszcze - dla dodania sobie sarmacji - powtórzyć to po łacinie, ale nie umiał. Więc kostropatą dłoń mi podawszy, rozkaszlał się jedynie, a dalej, szmaragdową tocząc po dywanach flegmę, odezwał się w poniższe słowa:

"Wykluła mnie Polska, a twoja głowa jajem kruchem jeno była. Jam superbohatyr, na czasy dzisiejsze najodpowiedniejszy. Już wkrótce pieśni o mnie śpiewać będą, komiksy rysować, filmy kręcić, graffiti sprejować i na podusiach dla dzieci szczurzy mój konterfekt tłoczyć. Zwę się Rzepman, bo rzepię, gdzie popadnie i co popadnie. Zjawiam się, skoro tylko jaką to sprawę zjebać można, tam, gdzie wiochy da się narobić, lubo gównem bliźniego oblać, lubo przynajmniej podszczyć, lubo smród rozsiać, syf pylić i spiż w mierzwę zamienić. Teatr mój w ojczyźnie, w tej naszej umiłowanej Rzeczpospolitej Obojga Zwalczających Się Narodów, widzę ogromny".

Co powiedziawszy, znikł.

Trwałem w nadziei, że na zawsze. Ale iż wiadomo, czyją matką nadzieja, wrychle dotarły do mnie wieści o Rzepmana wrażej działalności. Gdzie tylko ktoś jakiś parczek był odnowił i trawę przystrzygł, Rzepman tysięczne tłumy psiarzy w to miejsce ściągał, żeby ich żywiny całą połać zieloną, niczym diabelską lawą, gównem pokryły. Entuzjazm przy tym wzbudzał tak przeogromny, iż wkrótce nie tylko źwierzęta, ale takoż ich posesjonaci, a nawet ludzie żadnych psów nie mający, defekować jęli gdzie popadnie, zrazu w miejskich zaroślach, potem, ośmieleni Rzepmanową zachętą, w publicznych ogrodach, finalnie nareszcie, strzykając dryzdą gdzie popadnie, na ulicach, placach, w metrze, w sejmie, a nawet, o hańbo!, w paru teatrach.

Rzecz oczywista, z powodu owej kiszkowej nieobyczajności, a może i bardziej za przyczyną smrodliwości nikczemnej, co światlejsi w kraju gęgać poczęli z oburzeniem, ale im głośniejsze larum podnosili, tym więcej srających przybywało, a wraz z nimi ciągnęły też ich niewiasty, z zawsze lojalną kiszką odchodową, ich płowa dziatwa z prawego łoża, ich czarnobrewe bękarty z nieprawego, ich śmierdzące woły, świnie i lamy, ich harde herby, ich przytulne strzechy, ich płaczące wierzby, ich odwieczne księgi i ich grzybiaste świątynie, a nad całą tą ciżbą furkotały gargantuiczne chorągwie, na których hasła "wolność" i "stolcowanie" należały do najpiękniej wyhaftowanych.

Rychło nad ojczyzną fetor rozciągnął się tak mrogątny, iż niejeden od Odry po Bug o bezpowietrzności jeno marzył. I ja spać nie mogłem, targany drżeniem i kocim mrukiem, boć przecie to ze mnie ów krościaty ąpyr, macierz niszczący, wydał się był na świat. Umyśliłem tedy nowego superbohatyra z gliny i prochu własnej imaginacji do życia powołać. Wszelako im więcej jego szlachetnych przymiotów obmyślałem, tym stawał się słabszy, a w języku ojców i dziadów ni słowa nie pojmował. Cierpiałem jak apoplektyk, nie pojmowawszy, gdzie błąd uczyniłem. Jedynie Bachus był mi wspomożycielem i niderlandzkie zielniki. Kiedym wreszcie opadł z sił zupełnie i pieszczotą przez śmierć zimnopalczastą był wstępnie dławion, zabrzęczał przy łożu mym ajfon i dał się słyszeć głos kaprawy i niczym moczościek bolesny:

"Głupiś, jeśliś myślał, żem przez ciebie stworzony. Mocy nade mną nie masz żadnej, boś ty mnie jeno pierwszy zoczył, ale jam sumą powszechnej polskości. Jam Rzepman, z nadwiślańskich pragnień stworzon, a szczurzym futrem, nie orlim piórem grzbiet ogrzewam, bo takiegoście superbohatyra sobie wymarzyli i takieście Gotham wznieśli. Dalibóg, nikt w Polszcze nie pragnie, bym gdzie z ratunkiem bieżał, jeno bym sąsiadom szczał w ciżmy i lakier na oplach rysował. Tu szczęściem szczerem nieszczęście drugiego. Stąd moc ma płynie i siła". Błagałem, by zamilkł, ale nie słuchał i prawił długo jeszcze, a kiedym wyszeptał, by mnie dobił, uśmiechnął się klejowato i dodawszy: "Zbyt wielu zależy, byś gnił jak gnijesz", wetknął mi w usta cuchnące medicamentum, po którym zamrok pchął mnie w otchłań bezprzytomności.

Kiedym się ocknął, byłem sam. Gnijąc, gdzie pierwej gniłem. Jeno zdrowszy.

Jerzy Stuhr o "Obywatelu": Borykam się ze swoją polskością