Tamtego lata było tak upalnie, że Polacy odchodzili od zmysłów.

A i ów dzień, o którym snujemy dzisiejszą opowieść, wprost drwił z nich afrykańską spiekotą, zmieniając w nomadów, gotowych się pozabijać dla najmniejszego choćby źródełka, żałosnej strugi czy na wpół wyschniętego bajorka, ba, dla odrobiny wilgotnego błotka, a nawet lichej kropelki wody, góra dwóch.

Czyż można się zatem dziwić, że zdesperowany tłum zapoceńców, kłębiący się pod murem zespołu basenów kąpielowych Cud nad Wisłą, wydawał nieprzyjazne pomruki i łypał na siebie złowrogo?

Dzieci darły się w niebogłosy, żądając słodzonych napojów, cukrowej waty i balonów o kształtach frymuśnych delfinów, słoni i żołnierzy wyklętych, a ich rodzice pohukiwali na sprzedawców i w pełnych żalu tyradach zarzucali im starozakonny stosunek do relacji produkt-cena oraz straszyli kontrolą izby skarbowej.

Chudzi, ocierając pot z czoła, obwiniali otyłych o podnoszenie temperatury i nieuprawnione społeczne beneficja, pomstowali też, że nadwaga - ów niepodważalny dowód na przynależność do uprzywilejowanych elit - powinna być powodem do publicznych wykluczeń.

Młodzi pluli na starych, bo zamiast wegetować w domu, wymachiwali kombatanckimi legitymacjami i próbowali dobić się do kasy bez kolejki. W odpowiedzi starzy krzyczeli o wojnie - nie tej, co była, wszak nawet najstarsi jej już nie pamiętali, ale o tej, co będzie - życząc wszystkim później od siebie urodzonym, żeby ich jaki nowy hitler porządku nauczył, gadów niewdzięcznych.

Długonogie lolity, o ciałach tak kuszących, jak tylko może to sobie wyobrazić chirurgia plastyczna, domagały się należytego szacunku od krótko ostrzyżonych mięśniaków, ci zaś w prostych, żołnierskich słowach komplementowali ich bieliznę, wdzięczącą się spod przykrótkich włoskich sukienek prosto z chińskich marketów.

Dziewczątka nie pozostawały im dłużne, z sarkazmem komentując dumne tatuaże na pękatych bicepsach, przerośniętych mięśniach kapturowych oraz chudych łydkach. Pomijały jedynie, z  delikatnością właściwą młodym Polkom, tatuaże z papieżem tudzież kotwicą walczącą, bo świętość to świętość i nic się na to nie poradzi.

Na owalnym gazonie - gdzie strojny klomb z czerwonych i białych pelargonii układał się na podobieństwo dumnego godła narodowego - brodaty starzec z tubą i wzmacniaczem chrypiał o rychłym końcu świata i konieczności gwałtownych nawróceń.

Nieopodal, na równo przystrzyżonym trawniku, rozłożyła się grupa wysportowanych kleryków. Z  sutannami podciągniętymi na tyle wysoko, by przydać bladym nogom odrobinę pożądanej opalenizny, a jednocześnie nie uchybić etosowi swojego powołania, czekali, aż ksiądz opiekun powróci ze zbiorczym biletem ulgowym, a na uzurpatora z tubą łypali co najmniej nieprzychylnie.

Najmniejszy nawet zefir nie poruszał płóciennym transparentem KAŻDEGO DNIA TWORZYMY PRZYSZŁOŚĆ WŁASNĄ I KRAJU, który dostojnie górował nad basenową bramą. Rozgrzany eter z każdą minutą zdawał się gęstnieć.

Gdzieś w oddali interferował w drżącym majaku oddział fizylierów Księstwa Warszawskiego. Wysokie rogatywki z  czarnymi pomponami poruszały się leniwie góra-dół-góra-dół, bagnety radośnie pobłyskiwały w słońcu, a śnieżnobiałe nogawki czechczerów, przyjemnie kontrastujące z  ciemnym granatem kurtek, cięły klejące się od żaru powietrze w rytmicznym marszu.

Jeszcze niedawno podobna parada niechybnie przyciągnęłaby zaintrygowaną gawiedź, teraz jednak, czy to za sprawą upału, czy też może z powodu nadmiaru grup rekonstrukcyjnych wszelkiej maści, przemierzających regularnie polskie miasta, miasteczka, wsie i przysiółki, spotkała się z nieprzyjemną obojętnością.

Dużo więcej emocji budził już sprzedawca wody sodowej. Jego przewoźny saturator oblegał tłum spragnionych. Szklanka bez soku malinowego - złotówka, z sokiem - złoty pięćdziesiąt. Więc nie jest źle, myślał w cichości ducha ten i ów, wystarczy ledwie pięć zeta, a da się jakoś przeczekać ten trudny czas, kiedy pan minister obrony narodowej się kąpie. Przecież wcześniej czy później opuści basen i zajmie się ojczyzną, a wtedy zaczną wreszcie wpuszczać jego mniej zasłużonych dla sprawy narodowej rodaków.