Są granice ludzkiej wytrzymałości na wyczyny tłumaczy - jako osoba, która, wprawdzie z zaciśniętymi zębami, ale przetrwała polską wersję książki "Jak futbol wyjaśnia świat" Franka Foera ("Milan wywalczył swój szósty z kolei tytuł zwycięzcy Europejskiej Ligi Mistrzów na podstawie liczby punktów karnych po stu dwudziestu minutach gry bez żadnej bramki"), mogę uczciwie powiedzieć, że jestem gotów na wiele. Ale nie na wszystko.

Żebyście jednak mieli pełny obraz mojej translacyjnej tolerancji, wspomnę jeszcze, że nawet przez chwilę nie oburzałem się na bagoszowo-łazikowo-krzatową wersję "Władcy Pierścieni", traktując ją raczej jako niezbyt zabawny dowcip Jerzego Łozińskiego.

Coś zaczęło we mnie pękać podczas oglądania kinowej wersji Simpsonów. Na początku filmu na tle wielkiego napisu "Green Day" gra kreskówkowa wersja zespołu Green Day. Tłumacz nie pozostawił widza bezbronnym wobec tego ataku angielszczyzny i pośpieszył z pomocą. Dzięki polskim napisom wiemy, że chodzi o "Dzień Ekologii".

Ale naprawdę się wściekłem dopiero niedawno, gdy - wiedziony przeczuciem - porównałem dwa wydania znakomitego "Ostatniego Władcy Pierścieni" Kiryła Jeskowa. Ogrom zbrodni (czy na pewno tłumacza? O tym za chwilę) jest tu tak przytłaczający, że aby o nim opowiedzieć, posłużę się anegdotą w najdrobniejszym szczególe prawdziwą. Zaczęło się od tego, że moją wściekłością dzieliłem się z kim tylko. Było w tym dzieleniu nawet sceniczno-kabaretowe zacięcie: poprosiłem na przykład kolegę, żeby wybrał zupełnie przypadkowy fragment wydania z 2002 roku (olsztyńskie wydawnictwo "Solaris"). Sam zaś odczytałem ten sam fragment z wydania z roku 2007 (lubelski "Red Horse"). Umbar, ulica Nadmorska 12, 4 czerwca 3019 roku...

"Ichneumon wolnym krokiem przemierzał korytarze konsulatu" - przeczytałem. - Jest dokładnie tak samo - powiedział kolega.

"Im cięższa i niebezpieczniejsza była sytuacja, tym bardziej flegmatyczny, rzeczowy i uprzejmy - przynajmniej na oczach ludzi - powinien być dowódca". - Tak samo - ponownie stwierdził kolega, a ja zacząłem wątpić w siłę eksperymentu. Może nic nie wykaże? Może, skoro to scena i kabaret, trzeba było coś zaaranżować? Ostatnie zdanie akapitu z 2007 roku brzmiało jednak tak:

"Sądząc po uśmiechu na twarzy Ichneumona, sprawy najwyraźniej miały się fatalnie ".

Kolega najpierw zbladł, oczy powiększyły mu się dwukrotnie, potem zaczął się krztusić. Gdy już odzyskał głos, odczytał zdanie z 2002 roku:

"Tak więc, sądząc po spokojnym, trwale przyklejonym do oblicza Ichneumona uśmiechu, sprawy miały się fatalnie, albo jeszcze gorzej".

Widzicie różnicę? A dziesięć? Daję słowo honoru - to zupełnie przypadkowo wybrany pierwszy z brzegu fragment. W całym tekście takich kawałków są setki. Wydanie z 2007 ma krótsze zdania, krótsze akapity, a nawet krótsze niektóre rozdziały, z których wypadły całe obszerne fragmenty. Zmian mniejszego kalibru nawet nie liczę.

Choć oryginalny tekst tłumaczony był przez tych samych ludzi - to są dwie różne książki. Po prostu. A problem polega na tym, że wersja z 2002 roku jest zachwycająca i bogata - bogactwem, który niesie ze sobą tylko język rosyjski i które czasem udaje się oddać w polskich przekładach. Wersja z 2007 jest płaska jak deska surfingowa. Ktoś sobie zrobił ze mnie jaja.

Oczywiście jest możliwe, że rosyjski autor zmienił tekst, a polskie wydania tylko te zmiany odzwierciedliły.  To jednak mało prawdopodobne - angielskie tłumaczenie "Ostatniego Władcy Pierścienia" z 2010 roku jest znacznie bliższe naszemu z 2002.

Z innej strony: podejrzewać tłumacza o tak daleko idące zmiany byłoby głupotą. Po pierwsze - czy tłumaczowi by się chciało? Po drugie - czemu miałby to robić? Oczywiście, ambitny przedstawiciel tego zawodu mógłby, korzystając z okazji jaką daje nowe wydanie, nieco oszlifować tekst (wydaniu z 2002 trochę by się to nawet przydało). Ale żeby wywracać wszystko na lewą stronę bez żadnego uzasadnienia? Przecież to kręcenie pętli na własną szyję. Skala zmian oznaczałaby bowiem, że albo odwalił fuszerkę w 2002 albo w 2007. Tłumacze - nie partykularnie ci, o których tutaj mowa, ale w ogóle - swoją pracę przynajmniej do pewnego stopnia szanują.

Czyli - redaktor lub wydawca. Któryś z nich ponosi odpowiedzialność. Któryś z nich, bez patrzenia na rosyjski oryginał, zmienił tekst po swojemu, zmierzył go miarą swojego miernego talentu lub po prostu ordynarnie skrócił to, co wydawało mu się zbyt długie. Jeśli ktoś z branży potrafi mi powiedzieć, jakie mogły być powody tej zbrodni, chętnie posłucham. Jako czytelnik i nabywca czuję się po prostu oszukany.

Czy jednak "odpowiedzialność" to właściwe słowo? Przecież żadnej odpowiedzialności nie ma. Ten, kto czyta, jest zwykle bezbronny - nie ma okazji porównać, często nie zna języka. Coś mu czasem zgrzyta, ale nie wie co i nie potrafi zweryfikować. Zatem czyta i ufa, bo nie ma wyjścia. I jest bezczelnie zdradzany - czasem przez tłumacza, czasem przed redaktora, czasem przez wydawcę. A czasem przez całą trójkę. Nie ma konsekwencji, nie ma odpowiedzialności.

Czytelnikowi nie należy dawać najlepszego tłumaczenia, mimo że prawdopodobnie i tak nie odróżni złego od dobrego. Czytelnikowi należy dawać najlepsze tłumaczenie WŁAŚNIE DLATEGO, że nie odróżni.

Znajoma podsunęła taki pomysł - policja translacyjna. Odwalasz kichę, licz się z wizytą smutnych panów w mundurach, którzy przyjdą i wlepią ci mandat (wielokrotność honorarium, to nie będą duże sumy, bo i honoraria tłumaczy są raczej zabawne), a w przypadku recydywy - skierują sprawę do sądu z wnioskiem o zakaz wykonywania zawodu. A wszystko w trosce zarówno o czytelnika, jak i o tych tłumaczy, którzy swój zawód uprawiają uczciwie.

Pomysł kuszący, ale i tak cierpimy na nadmiar służb mundurowych. Więc może tajna, zamaskowana organizacja, z jakąś wersją Batmana Nocnego Mściciela na czele, której przedstawiciele pod osłoną ciemności nawiedzaliby owych zdrajców w ich mieszkaniach, gdy ci najmniej by się tego spodziewali? Zasłużoną karą byłoby coś lżejszego niż ogólne batożenie, ale jednak boleśniejszego niż związanie sznurówek. Na przykład, na przykład Pomyślcie, a ja w tym czasie zrobię maski i peleryny.

PS. Prawdopodobnie w tej chwili jakiś tłumacz pisze złośliwy paszkwil na dziennikarzy, w podobnej tonacji, co powyższy tekst. Z przykrością stwierdzam, że jest duża szansa, że jego argumenty będą celne i bolesne.

Tekst: Bohdan Pękacki

Zdjęcia: Shutterstock

Osobną kwestią w każdej dyskusji o przekładach są tytuły  - gdy do głosu dochodzą kwestie komercyjne i inne. "Die Hard", "Whatever Works", "Girl, interrupted", "Blade Runner" - to tytuły po prostu nieprzetłumaczalne i nie ma co się zżymać na polskie wersje. Z kolei "Reality Bites" (polski tytuł - "Orbitowanie bez cukru"), "Dirty Dancing" ("Wirujący seks"), czy "American History X" ("Więzień nienawiści") - to kretynizmy, którymi szkoda zawracać głowy.

Tyle rzekłszy - oto moje TOP 5 wątków translacyjnych dotyczących właśnie tytułów .