Kręcę kabestanem z takim zapałem, jakby ktoś obiecał mi tysiąc dolców za każdy jego obrót. Niestety, mój portfel nie puchnie, puchną za to moje ramiona. Potężny grot, główny żagiel "Zielonego Smoka" o powierzchni 172 m2 wdrapuje się do góry niezwykle powolnie. To wszystko dlatego, że współczesne kabestany mają kilka biegów. My pompujemy chyba na najlżejszym przełożeniu. Jest łatwiej, ale dłużej.

Volvo Ocean Race
Volvo Ocean Race  Zdjęcia: Maciek Rudy Sikorski, Volvo Ocean Race, EAST NEWS/Rex Features, IAN ROMAN, PAUL TODD, Andres Soriano/Team Sanya, Nick Dana/Abu Dhabi Ocean Racing, Oskar Kihlborg, Shutterstock (montaż)

Zresztą z tą łatwością to też nie do końca prawda. Ja jestem sam na korbie, dwie pozostałe są obsadzone podwójnie, przez innych dziennikarzy oraz jedną gwiazdę dużego ekranu. Miele (po angielsku ta czynność to grinding, czyli dosłownie "mielenie") mi się coraz ciężej. Dopiero kiedy do mojego kabestanu podskakuje jeden z "prawdziwych" załogantów tego jachtu, robota rusza z kopyta. Grot stoi i...

Półtora równika

...miałem napisać, że napełnia się wiatrem. Tylko że to nieprawda. Morze w okolicy hiszpańskiego Alicante jest dziś spokojne jak po zastrzyku pavulonu. Niemal całkowita flauta. Plan był taki - wypływamy jachtem "Green Dragon" w morze, żeby posmakować tego, co czują żeglarze uczestniczący w regatach Volvo Ocean Race. Ale to trochę tak, jakbym spędzał noc ze zdjęciem Evy Mendes - w ostateczności można mieć z tego jakąś przyjemność, ale raczej nie będzie się czym pochwalić kolegom.

Bo przecież tej mojej "przejażdżki" po zatoce nie da się w żaden sposób porównać z wyczynem opłynięcia świata dookoła. Startujący w regatach wypłynęli z Alicante na przełomie października i listopada 2011 roku. Zaś na początku lipca 2012 roku zameldują się na mecie w irlandzkim Galway. W tym czasie przepłyną ok. 33 tysięcy mil morskich (prawie 62 tys. km, to półtorej długości równika) po wszystkich oceanach i zmierzą się z naturą w każdej postaci. Będą snuć się po sennych, równikowych wodach Oceanu Indyjskiego i przedzierać przez niespokojne okolice przylądka Horn. Będą walczyć z pogodą, z awariami sprzętu i z własnymi słabościami, a jedyną nagrodą będzie duma i kryształowe trofeum dla zwycięzców.

Noc w budce telefonicznej

Nigdy nie przeżyję tego, co oni, ale mogę się przynajmniej z bliska przyjrzeć, w jakich warunkach przyjdzie im się ścigać. "Green Dragon", choć na emeryturze (startował w tych regatach w 2008-2009 r.), jest niemal identyczny, jak jachty biorące udział w tegorocznym VOR. To klasa Volvo Open 70. 70, bo tyle stóp mierzy każda łódka - blisko 21,5 m długości. Jacht wydaje się spory, ale to tylko złudzenie.

Volvo Ocean Race
Volvo Ocean Race  Zdjęcia: Maciek Rudy Sikorski, Volvo Ocean Race, EAST NEWS/Rex Features, IAN ROMAN, PAUL TODD, Andres Soriano/Team Sanya, Nick Dana/Abu Dhabi Ocean Racing, Oskar Kihlborg, Shutterstock (montaż)

Wystarczy pomyśleć, że żeglarze na tej przestrzeni spędzą najbliższych dziewięć miesięcy. Będą się oglądać przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Gdyby chcieli się zmieścić pod pokładem, to na każdego z nich przypadną dwa metry sześcienne, tyle ile w budce telefonicznej. Chyba w najbardziej przeludnionych więzieniach nie ma takiej ciasnoty. Tu zdaję sobie sprawę, że skipper - czyli kapitan jachtu i jego sternik - musi być nie tylko najbardziej doświadczonym żeglarzem. Równie znakomite muszą być też jego zdolności przywódcze i umiejętność łagodzenia konfliktów. Przecież w tej zamkniętej społeczności są sami faceci, skazani na swoją obecność przez długie miesiące. Tu, jeśli ktoś cię wkurza, możesz najwyżej odejść na trzy metry. A i tak za parę minut znów się spotkacie. W tych warunkach nawet drobny spór może eksplodować w niewyobrażalną agresję, zwłaszcza że wśród żeglarzy nie ma przecież mięczaków. Skipper jest trochę jak stary basior, który musi panować nad wilczym stadem.

Volvo Ocean Race
Volvo Ocean Race  Zdjęcia: Maciek Rudy Sikorski, Volvo Ocean Race, EAST NEWS/Rex Features, IAN ROMAN, PAUL TODD, Andres Soriano/Team Sanya, Nick Dana/Abu Dhabi Ocean Racing, Oskar Kihlborg, Shutterstock (montaż)

Co robić, kiedy nie będzie co robić? - Niektórzy z nas wezmą pewnie ze sobą iPady - opowiada nam Andres Soriano, członek załogi teamu Sanya odpowiedzialny za obsługę medialną, który dzień wcześniej oprowadza nas po swoim jachcie. To duży postęp w porównaniu do poprzednich lat, bo dzięki temu teoretycznie można też zabrać ze sobą całkiem sporą bibliotekę (na papierowe książki pod pokładem po prostu nie ma miejsca). Ale też nie czarujmy się, na czytanie nie będzie zbyt wiele czasu. Walka o wynik sprawia, że wszystkie potrzeby życiowe trzeba zredukować do minimum. Sen? Teoretycznie koło 6 godzin na dobę, pod warunkiem że sytuacja nie będzie od załogi wymagała nieustannego czuwania. Wtedy żeglarze, jak komandosi, wykorzystują na drzemki każdą wolną chwilę, choćby trwała 5-10 minut. Prysznic? Owszem, jeśli akurat pada, zapasy słodkiej wody z odsalacza są na wagę złota i służą głównie do picia. Jeśli deszczu nie ma, cuda muszą zdziałać wilgotne chusteczki higieniczne. Jedzenie? Głównie liofilizowane porcje żywnościowe plus witaminy, niektórzy żeglarze schudną podczas regat nawet koło 10 kg. Niektórym pewnie uda się przemycić na pokład odrobinę łakoci. - Alko? - pytam. Andres tylko się uśmiecha. - Nie ma szans - odpowiada po chwili. - Ale dwóch członków naszej załogi będzie po raz pierwszy przepływać równik. Musimy im zorganizować chrzest morski. A wtedy z pewnością skipper wyciągnie skądś jakąś flaszkę - dorzuca.

W montażowni

Tylko gdzie te przemycone dobra można trzymać? Pod pokładem trudno znaleźć dla nich miejsce. W tym surowym zakątku "wystrój" jest ograniczony do minimum. Gołe ściany z tworzywa, rozciągnięte na podłodze maty z elastycznego tworzywa, pod sufitem widać jakieś dziwne rury. - Jak w fabryce - stęka kolega, któremu przy 198 cm wzrostu niełatwo się tu zmieścić. U boku, na burtach wiszą koje. Nawet przy dobrej woli trudno byłoby je nazwać łóżkami. To rozpięte na aluminiowych rurach dziurkowane płachty tworzywa. Jest ich mniej niż członków załogi, ale - oczywiście - na tej łajbie zawsze ktoś czuwa. Zresztą spać można tylko na tych kojach, które akurat są po nawietrznej. Kiedy jacht robi zwrot, śpiący są budzeni i przenoszą się na drugą burtę razem z bagażami.

Wszystko wygląda tu siermiężnie, tylko w dwóch miejscach nowoczesność aż bije po oczach. Pierwszym jest stanowisko nawigatorów. GPS-y, komputery, łączność satelitarna - na pokładzie jest wszystko, co niezbędne do wyznaczania trasy i kontaktu z centrum dowodzenia zespołu przez 24 godziny na dobę.

Volvo Ocean Race
Volvo Ocean Race  Zdjęcia: Maciek Rudy Sikorski, Volvo Ocean Race, EAST NEWS/Rex Features, IAN ROMAN, PAUL TODD, Andres Soriano/Team Sanya, Nick Dana/Abu Dhabi Ocean Racing, Oskar Kihlborg, Shutterstock (montaż)

Ciekawsze wydaje się jednak drugie miejsce - królestwo wspomnianego już Andresa Soriano. Każda załoga startująca w Volvo Ocean Race ma w swoim składzie specjalistę od obsługi medialnej. Jego zadaniem jest dokumentowanie wszystkiego, co dzieje się na pokładzie i pod nim. Do dyspozycji ma cztery stacjonarne kamery rozmieszczone w różnych punktach jachtu, kilka aparatów fotograficznych, kamer HD i parę małych kamerek Go Pro o wysokiej rozdzielczości, które może np. zamontować na czole koledze z załogi, który musi wspiąć się na maszt. A pod pokładem jest konsola kontrolna i przygotowany na zamówienie zestaw do montażu wideo. Każdego dnia Andres (i jego odpowiednicy na pozostałych pięciu łódkach) ma obowiązek wysłać z łodzi zmontowany kilkuminutowy film.

Co ciekawe, obowiązki Soriano ograniczają się tylko do pracy medialnej (oraz przyrządzania posiłków i opieki medycznej), w prawdziwej robocie żeglarskiej nie wolno mu brać udziału. Nawet gdyby któryś z członków załogi złamał kręgosłup, doznał innego urazu wykluczającego go z dalszego rejsu czy wręcz zginął (bywały takie przypadki), "załogant medialny" nie może zająć jego miejsca. - Niełatwo się z tym pogodzić - przyznaje Andres. - Też jestem przecież żeglarzem. Z drugiej strony, lepiej być tu w charakterze kamerzysty, niż nie być w ogóle - podsumowuje.

Volvo Ocean Race
Volvo Ocean Race  Zdjęcia: Maciek Rudy Sikorski, Volvo Ocean Race, EAST NEWS/Rex Features, IAN ROMAN, PAUL TODD, Andres Soriano/Team Sanya, Nick Dana/Abu Dhabi Ocean Racing, Oskar Kihlborg, Shutterstock (montaż) Pan redaktor za sterem

Ja na szczęście nie mam zakazu żeglowania, więc na pokładzie "Green Dragon" chwytam za ster. Przy ogromnym kole (są takie dwa, po lewej i prawej stronie albo raczej - na bakburcie i sterburcie) jest mały komputerek, wskazujący m.in. kurs i szybkość, z jaką płyniemy. Cztery węzły nie oszałamiają, ale zważywszy na warunki i niemal zupełny brak wiatru, i tak jest nieźle. Ale nie ma się czemu dziwić. Postawiliśmy już fok, więc nad nami góruje w tej chwili ponad 300 m2 żagla. Mimo solidnych rozmiarów jacht jest wrażliwy na ruchy kołem sterowym. Kiedy przekręcam je lekko w lewo, łódź od razu odbija od wiatru, a żagle wypełniają się nim głębiej. Skipper zerka na mnie surowo, przestrzegając, bym nie próbował bardziej zmieniać kursu. Tu każdy manewr przeprowadzony bez odpowiedniego przygotowania może skończyć się wypadkiem. A to oznacza nie tylko niebezpieczeństwo dla wszystkich ludzi na pokładzie, ale też straty idące w setki tysięcy euro. Jeden żagiel może kosztować nawet 50 tys. euro, a na cały rejs zabiera się ich aż 17! Wszystkie zużyją się w trakcie regat i pójdą na szmaty. Koszt całej łodzi waha się między 4 a 10 milionami euro. Oczywiście, żeby wystartować w regatach, sam jacht nie wystarczy, należy jeszcze pomyśleć o całym zapleczu, wielomiesięcznych szkoleniach, pensjach dla załogi i obsługi czy marketingu - kolejnych kilkadziesiąt milionów. Nic więc dziwnego, że na sponsorowanie teamów mogą sobie pozwolić tylko najbogatsi, m.in. chiński kurort Sanya czy opływający w petrodolary szejkowie z Abu Zabi.

Karne kółeczko

Zerkam na łopoczące nade mną dziesiątki tysięcy euro. Wyglądają niesamowicie, śmiech mnie bierze na wspomnienie cadeta (powierzchnia żagli 5,2 m2), na którym ścigałem się na Jeziorze Kierskim przed 20 laty jako zawodnik Pocztowca Poznań. Ale dopiero z podniesionym spinakerem, trzecim żaglem podnoszonym przy kursie pół- albo pełnym wiatrem, jachty nabierają niezwykłej lekkości i mocy jednocześnie. Oglądałem to dzień wcześniej, podczas regat portowych w Alicante. Bo jedną z najbardziej niesamowitych rzeczy w regatach Volvo Ocean Race są właśnie wyścigi portowe. Dzięki temu konkurencję jachtów można śledzić nie tylko na internetowej mapie aktualizowanej z pokładowych GPS-ów. W każdym mieście, do którego zawijają łodzie podczas dziewięciomiesięcznej podróży dookoła świata, załogi ścierają się w bezpośredniej rywalizacji, której można się przyglądać z brzegu albo jednego ze stateczków wycieczkowych. To najbardziej widowiskowa część wyścigu, bo prowadzenie może zmienić się na każdej boi, a punktacja liczy się do klasyfikacji ogólnej. W Alicante Team Telefónica spokojnie sunął na czwartym miejscu do mety, ale zaledwie 100 m przed nią skipper Iker Marti´nez usłyszał sędziów: - Wykonałeś nieprawidłowy manewr względem Sanyi. Za karę musisz zrobić kółeczko.

Volvo Ocean Race
Volvo Ocean Race  Zdjęcia: Maciek Rudy Sikorski, Volvo Ocean Race, EAST NEWS/Rex Features, IAN ROMAN, PAUL TODD, Andres Soriano/Team Sanya, Nick Dana/Abu Dhabi Ocean Racing, Oskar Kihlborg, Shutterstock (montaż)

Zanim jacht obrócił się wokół własnej osi, załoga zrzuciła, potem postawiła spinaker i żagle znów nabrały wiatru, Sanya i Groupama śmignęły boczkiem, a dwa punkty Telefóniki poszły się gwizdać, przeminęły z wiatrem.

Z wiatrem przemijają też nasze chwile na pokładzie "Zielonego Smoka". Zawracamy do portu. Wielki finał na początku letnich wakacji. Choć do tego czasu wszystko może już być pozamiatane, bo któraś z załóg może już wcześniej zdobyć wystarczającą do zwycięstwa przewagę nad resztą.

Tekst: Mikołaj Kirschke

Zdjęcia: Maciek Rudy Sikorski, Volvo Ocean Race

Zdjęcia: EAST NEWS/Rex Features, IAN ROMAN, PAUL TODD, Andres Soriano/Team Sanya, Nick Dana/Abu Dhabi Ocean Racing, Oskar Kihlborg, Shutterstock (montaż)

Zobacz też na Logo24 :