Silvio Berlusconi ze swoimi 9 miliardami dolarów na koncie to przy nim człowiek dość ubogi. Gdy Michele Ferrero zmarł w lutym tego roku w swoim domu w Monte Carlo, jego majątek szacowano na ponad 26 mld dol. Więcej niż ma jakikolwiek Włoch.

To o tyle zaskakujące, że włoski miliarder dorobił się fortuny na rzeczach drobnych - niektóre z nich mają wielkość ziarnka ryżu i zaledwie dwie kalorie. Na dodatek żadna z nich nie jest symbolem, z którym kojarzyłyby się nierozerwalnie Włochy. Michele Ferrero nie był królem makaronu, pizzy, butów, modnych ciuchów, szybkich samochodów, piłki nożnej czy wina. Był cukiernikiem. Królem słodyczy. "Candyman" - jak o nim mawiano. Człowiek, który zdołał wyprodukować smakołyki, na widok których przebierać nogami zacznie prawie każde dziecko. I wielu dorosłych.

Ferrero Rocher, Kinder Bueno, Kinder Niespodzianka, Mon Cheri, Rafaello, Duplo, wreszcie Tic Tac. To nie tylko lista najbardziej znanych w świecie łakoci. To także lista hitów stworzonych tylko przez tego jednego człowieka i jego firmy. A na jej czele postawić trzeba przebój największy - Nutellę.

Zbił fortunę nieosiągalną dla żadnego innego Włocha, w dodatku zrobił to we własnym kraju. Obalił obowiązujący od XIX w. mit, że Włoch, aby mógł stać się bogaty, musi wyjechać do Ameryki. Dzisiaj może nie do końca to rozumiemy, bo przecież Italia należy do grupy najbogatszych państw świata. Niegdyś jednak w tym kraju nie brakowało biedy, która wypędzała wielu ludzi za granicę.

Fot. Zuma Wire

Rodzina, ach rodzina

Kiedy rodzina Ferrero rozkręcała swój interes, ich ojczyzna była w dramatycznej sytuacji. Mrzonki o odtworzeniu wielkiego Imperium Romanum (tym razem faszystowskiego) zawisły głową w dół na haku w Mediolanie wraz z ich twórcą Benitem Mussolinim. Rozryte gąsienicami czołgów niemieckich i alianckich Włochy po zakończeniu wyniszczającej je wojny stały na progu ważnych decyzji dotyczących ich przyszłości. Przegrały wojnę sromotnie, straciły wszystkie swoje kolonie, gospodarka pogrążona była w kryzysie, wiele pięknych miast - w ruinie, abdykował król, kraj stawał się republiką, ale wciąż nie miał gospodarza, a przenikające z Jugosławii brygady im. Garibaldiego próbowały zmienić go w republikę pod znakiem sierpa i młota. Aż trudno uwierzyć, że z końcem lat 40. w tym rozbitym wojną państwie rozpoczęło się coś, co w historii ekonomii nazywają "il miracolo economico", czyli "włoskim cudem gospodarczym", który doprowadził ten kraj tam, gdzie jest dzisiaj. Przyczyniło się do tego półtora miliarda dolarów przepompowanych do Włoch w ramach planu Marshalla, ale gdy rodzina Ferrero zaczynała produkować słodycze, on jeszcze nie obowiązywał.

Rodzina to we Włoszech pojęcie kluczowe. Wiele firm opierało się na rodzinnych interesach, nie inaczej było z Ferrerami. Kiedy w 1948 r. podczas katastrofalnej powodzi z brzegów wystąpił Pad i zalał miasteczko Alba, w którym mieściła się ich firma, cała rodzina, każdy jej członek, własnymi rękoma przenosiła dobytek w bezpieczne miejsce. Gdyby nie ta solidarność, koncern Ferrero padłby, zanim się jeszcze narodził.

Ta rodzina składała się m.in. z Pietra Ferrero, jego brata Giovanniego, żony Piery oraz syna Michele. Każde z nich dołożyło sporo do sukcesu - Pietro i Piera wymyślali pierwsze receptury, Giovanni zapewniał wielce oryginalny transport za pomocą floty samochodów Fiat 1100 - uniwersalnych aut używanych jako taksówki, ale też i wozy dostawcze. Oblepione reklamami Ferrero, woziły jego towar po całym Piemoncie, z czasem po całych Włoszech, aż ukuło się powiedzenie, że Ferrero ma lepszy transport niż włoska armia. Michele Ferrero zaś... Cóż, jemu fabryka zawdzięczała właściwie wszystko.

Orzechowe wynalazki

Pietro Ferrero i jego żona Piera Cillaro prowadzili cukiernie przy via Berthollet w Turynie jeszcze przed wojną, a w jej trakcie, uciekając przed alianckimi nalotami na przemysłowy Turyn, przenieśli się do miasteczka Alba w Piemoncie. Zanim do tego doszło, elegancka kawiarnia Pietra nie narzekała na brak klientów. Serwowała abisyńską kawę i pyszne dolce, jak Włosi nazywają swoje ciasta. Przyszedł koniec wojny i na chwilę wyludniła się. Pietro i Piera wiedzieli jednak, że do czasu. Nie da się wiecznie żyć bez słodyczy. A już na pewno nie w Italii. Wystarczy tylko je wyprodukować. Tylko z czego?

Kiedy Piera osobiście witała gości lokalu, jej mąż, niewidoczny, zaszywał się na zapleczu w niezwykłym laboratorium, gdzie przeprowadzał tajne eksperymenty. Na cukrze, karmelu, kremach i melasie. Wymyślał własne receptury na słodkości, takie, których nie ma nikt inny. Słodycze są jak narkotyk, kto raz spróbuje i polubi, już zawsze będzie ich pragnął.

Jedną z tajemnic laboratorium Pietra Ferrero był orzech laskowy. W całym Piemoncie rosło mnóstwo obsypanej orzechami leszczyny, była tu pospolita. Ferrero uznał, że w czasach wielkich niedoborów wszystkiego należy sięgnąć po to, co rośnie obok domu. Postanowił przywrócić do łask gianduję.

Czekoladowy krem z dodatkiem orzechów laskowych rosnących obficie na wzgórzach Langhe w Piemoncie powstał już w czasach napoleońskich. Gdy Bonaparte wcielił Piemont do Francji, flota brytyjska zarządziła jego blokadę morską. Mieszkańcy radzili sobie z niedostatkiem żywności m.in. dzięki giandui, z której następnie pionier cukiernictwa Caffarel, począwszy od czasu balu maskowego w 1865 r., zaczął produkować gianduiotti - trójkątne pralinki nadziewane orzechami, które do dzisiaj są symbolem Piemontu.

Pietro Ferrero wymyślił giandujot, czyli blok masy czekoladowo--orzechowej, zawijany w folię i sprzedawany w całości. To była jedna z ostatnich rzeczy, które stworzył ten niezwykły czekoladowy eksperymentator. W 1949 r. zmarł przedwcześnie, a wtedy głową interesu stał się jego syn Michele.

To jemu przypisuje się koncepcję dodania do grandujotu oleju roślinnego, dzięki czemu nabrał luźniejszej konsystencji, podobnej do kremu. I tak Ferrerowie, zamiast formować z masy bloki, tabliczki czy pralinki, robili czekoladowo-orzechowy SuperCrema i pakowali go do słoiczków. Tak, aby można było nim np. posmarować chleb i zrobić słodką kanapkę. Po trzynastu latach zmian receptury SuperCrema zamieniła się w Nutellę. W 1964 r. pierwszy słoiczek z taką etykietą trafił do sklepów. Stał się jednym z największych przebojów w dziejach cukiernictwa.

Kto nie lubi wiśni?

O Michele Ferrero mówiło się, że kompletnie nie nadawał się na handlarza. Jeszcze gdy żył, jego ojciec postanowił poddać go testowi i wysłał do jednego ze sklepów w Turynie, aby spróbował akwizycji. Chłopak nie tylko niczego nie sprzedał, ale jeszcze wyszedł ze sklepu z własnymi zakupami. Michele miał jednak wiele znakomitych pomysłów racjonalizatorskich. Jego Nutella stała się strzałem w dziesiątkę, szybko okazało się, że większość dzieci (już nie tylko we Włoszech) nosi do szkoły posmarowane kremem kanapki.

Ferrero był pierwszym z rodu, który postawił na rozwój firmy i podbijanie nowych krajów. Powód był dość prozaiczny - klimat. We Włoszech była... zbyt dobra pogoda. Gdy nadchodziło lato i upały, Włosi przestawali jeść klejące się do ciepłych dłoni słodycze. - W takich Niemczech można by je sprzedawać przez cały rok - pomyślał i stał się pierwszym włoskim przedsiębiorcą, który wkroczył na niemiecki rynek. Koło Frankfurtu otworzył pierwszą filię, w której początkowo pracowało pięć osób, w tym sekretarka. Wystarczyło, by uzależnić Niemców od czekoladowo-orzechowych łakoci.

Zachodnią Europę podbiło Mon Cheri - czekoladka z wisienką w środku, wypełniona likierem (choć na niektóre rynki, np. amerykański, produkowano ją bez alkoholu). Nie całą jednak, w Wielkiej Brytanii na przykład początkowo przyjęto ją sceptycznie. W Niemczech jednak szybko produkowano dziennie aż 20 ton tego smakołyku. Dziennie!

Michele Ferrero szedł za ciosem. Miał zdolności i wizje wykraczające daleko poza granice miasteczka Alba czy też samego Piemontu. Pod tym względem przewyższał pozostałych członków swojej rodziny. Otworzył linie produkcyjne w Belgii, Holandii, Luksemburgu, Danii, Szwecji, Szwajcarii i Wielkiej Brytanii. Wymyślił i zaczął sprzedawać przeznaczone dla dzieci czekoladki z serii Kinder, z zabawkami ukrytymi w środku. Wkroczył do Stanów Zjednoczonych i zaczął produkować małe pastylki orzeźwiające o nazwie Refreshing Mints. Ta nazwa była jednak za trudna, Ferrero myślał nad krótszą, otwierając i zamykając wieczko małego, plastikowego pudełka drażetek. "Tic"- klikakał przy otwarciu, "tac" - podczas zamknięcia. No i wymyślił nową nazwę - "Tic Tac"!

Umrzeć w dniu słodyczy

Michele był osobą niezwykle wierzącą. Nakazał, by wizerunek Madonny z Lourdes znajdował się w każdej z jego fabryk, a on sam pielgrzymował do sanktuarium bardzo często. To ponoć podczas jednej z pielgrzymek wybrał nazwę dla najlepiej dzisiaj sprzedawanej czekoladki świata - Ferrero Rocher. "Rocher" to po francusku skała, więc nazwa nawiązywała do groty w Lourdes, w której rzekomo widziano Matkę Boską. Z kolei Rafaello - okrągła pralinka z białym kremem i migdałem w środku - ma nazwę nawiązującą do archanioła Rafała.

Schorowany, niemal już niewidomy Michele jeszcze w wieku 88 lat regularnie kazał się wozić śmigłowcem z Monte Carlo, gdzie mieszkał, do Alby, bo tam wciąż znajdowała się jego rodzina. Nie wyobrażał sobie życia bez krewnych, opuszczenia ich, nie spotykania się na ważnych uroczystościach i świętach. I to oczywiście synom przekazał interesy.

Zmarł w tegoroczne walentynki - akurat w dniu, w którym co roku sprzedawano najwięcej jego słodyczy. Zostawił majątek wart więcej pieniędzy, niż wpompowano we Włochy w ramach planu Marshalla, i imperium dyktujące warunki na rynku słodyczy. Miasteczko Alba, w którym do dzisiaj niezmiennie stoi fabryka koncernu, ma najwyższą średnią płac w całych Włoszech.

Zdaniem "Guardiana" na 100 orzechów laskowych rosnących na świecie, aż 15 w końcu znajdzie się w którejś z czekoladek Ferrero.

W 2014 r. włoska poczta wydała znaczek przedstawiający słoiczek nutelli - symbol ekonomicznego sukcesu Włoch.