Zazwyczaj wybieraliśmy z żoną ławkę z tyłu, za planszą z cyklem rozwojowym chrabąszcza. Nad salą, niczym ciężki, fabryczny dym, unosił się monotonny głos lekarki: "A kiedy już płód dojrzeje do samodzielnego życia, następuje poród. Po łacinie partus. Rozpoczynają się skurcze macicy, następuje skracanie szyjki i rozwieranie ujścia. Pod wpływem wytworzonego ciśnienia pęka jajo płodowe i przez przerwane błony odchodzą wody...

W pierwszej ławce zawsze siadała młodziutka dziewczyna. Przyglądałem jej się ukradkiem od dawna. Nic o niej nie wiedziałem oprócz tego, że jest śliczna, zawsze sama i ma na imię Ania. Fascynowała mnie, co starałem się ukryć przed żoną i sobą samym. Przecież to wstyd, że od tygodni przychodziłem tam głównie dla niej.

Tymczasem lekarka ciągnęła swoją mantrę. - Aż wreszcie płód zostaje przeprowadzony przez: a) kanał miednicy mniejszej oraz b) pochwę, opuszcza organizm matki i...

- Przepraszam, czy mogłaby pani powtórzyć? - przerwał jej pan Nowok. - Punkt a to kanał miednicy mniejszej, a be?... Co z be?

Pan Nowok był księgowym i przez wszystkie zajęcia pilnie notował. Jego żona, bez wątpienia obszerna i przed ciążą, miała mgielne usposobienie i zaznaczała istnienie wyłącznie posapywaniem. Lekarka łypnęła na pana Nowoka spode łba. - Czy ktoś byłby tak uprzejmy i wyjaśnił panu Nowokowi, co jest be... Może pani Ania?

Wychyliłem się mocniej. Piękność zaczerwieniła się i wyszeptała: - Pochwa... Pochwa jest be...

O, jakże była cudowna w tym koronkowym onieśmieleniu!

Z ławki za szkieletem dał się słyszeć rechot. - Pochwa be?... Pochwa cacy! - rzucił wygolony drech. Okolczykowana matka jego przyszłego dziecka, które - nie miałem wątpliwości - musi urodzić się z genetycznie odziedziczonymi tatuażami, walnęła go w ramię. - Zamknij ryj, lamusie! - poprosiła.

Zimnym spojrzeniem lekarka wyraziła jej wdzięczność. Zwróciła się do pana Nowoka. - Byłoby lepiej, gdyby starał się pan zapamiętać, co mówię. Bo kiedy pańska żona zacznie rodzić, może pan nie mieć czasu, by skorzystać z notatek. - Podeszła do biurka i zajrzała we własne kartki. - Oddychanie w drugiej fazie porodu. Zaczyna się, gdy rozwarcie szyjki jest całkowite! Od tej chwili przy każdym skurczu należy przeć! Chwycić się za uda dłońmi od zewnątrz, przycisnąć podbródek do piersi i...

- Sorry, mogę? - wytatuowane kolczyki niespodziewanie uniosły rękę.

- Tak, proszę - mruknęła lekarka, usiłując powstrzymać drżenie powieki.

- Powiedziała pani: płód opuszcza organizm. A przecież to nie jest tak.

- Nie jest tak? - lekarka wybałuszyła oczy. Drżenie ustąpiło. - Droga pani, widziałam to setki razy i zawsze tak wyglądało. Powiedziałabym nawet: nie ma innego wyjścia.

- Ja wiem, ale mi chodzi... - wytatuowane kolczyki zawahały się. - No, że to jest człowiek, nie jakiś tam płód. Człowiek! Więc powinno się mówić, że to człowiek opuszcza organizm. A jeszcze lepiej: brzuszek mamusi. Żeby brzmiało z sercem. Tak dla ludzi, czuje pani?

Nie sposób było zgadnąć, czy lekarka to czuje, bo milczała. W końcu odwróciła się, wyciągnęła z torebki fiolkę z lekarstwami i połknęła jedno, szarpiąc w tył głową niczym kura łykająca ziarno. Skorzystałem z okazji, by ponownie spojrzeć na Anię. Miała w sobie kruchość, która domagała się przytulenia. Poczułem, że pragnę ją objąć. Uśmiechnąłem się do żony.

- Panie Nowok, niech pan zajrzy do notatek - jęknęła lekarka słabym głosem. - Na czym skończyliśmy?

- Chwycić za uda dłońmi i przycisnąć do piersi - wyrecytował gorliwie pan Nowok.

- I po prostu przeć - lekarka szeptała w stronę okna. - Rozwierając uda na zewnątrz, rozluźnia się mięśnie przepony miednicy. Trzeba myśleć, by przeć jak najdłużej, a nie jak najmocniej... Ważne też, by...

Zadzwonił telefon. Beyoncé czy Rihanna, nie znam się na dzisiejszych dzwonkach. Piękna Ania spąsowiała i rzuciła się grzebać w torbie. Nerwowo nurkowała między rzeczami, wreszcie wysypała je na ławkę. Dwie szminki, jakieś kremy, chusteczki, paczka prezerwatyw, zapalniczka, papierosy, portmonetka i spory scyzoryk. W końcu dorwała ajfona i robiąc najpiękniejszą minę, jakie towarzyszą kobiecym usprawiedliwieniom, odebrała. Słuchała w skupieniu, a jej zjawiskowa twarz z sekundy na sekundę zmieniała kolory. - Naprawdę? Naprawdę? Naprawdę? - powtarzała, zapominając o naszej obecności. - Dzięki Bogu, sprawiedliwość istnieje! Przypierdolcie łobuzowi, zanim przyjadę! Połamcie ręce skurwysynowi!

Kiedy skończyła, wszyscy na nią patrzyliśmy. Uśmiechała się promiennie, jak nigdy dotąd. - Tatuś się znalazł! - oznajmiła. Wrzuciła rzeczy do torby i wyszła. Już nigdy jej nie widziałem.

A nam, chwała Bogu, poród wyszedł naprawdę dobrze. Dzięki notatkom, które pan Nowok uprzejmie pozwolił mi skopiować.