KUBA DOBROSZEK : Piotr Milewski napisał w "Newsweeku", że amerykańskie społeczeństwo nie było tak podzielone od czasu wojny w Wietnamie. Zgodzi się Pan?

PROF. ZBIGNIEW LEWICKI : - Z całą pewnością jest na najlepszej drodze, by tak właśnie było.

Amerykanie są wkurzeni?

- Nie sądzę.

Rozczarowani?

- Prezydentem? Trochę pewnie tak. Ale nie widzę przesadnego wkurzenia czy rozczarowania.

To co Pan widzi?

- Zaciekłość. Jest pewien kandydat - Donald Trump. Bardzo ciekawy i interesujący, ale grający na emocjach, głównie negatywnych. Proszę pamiętać, że jak się budzi negatywne emocje to następuje reakcja. W tym momencie trudno już o porozumienie, bo od dyskusji politycznej Amerykanie przeszli do poziomu reagowania na język ciała, lotne hasła, zło i nienawiść. Do tej pory w kampaniach politycznych tego, w zasadzie, nie było.

Błędem było traktowanie miliardera jako polityczny dowcip.

- Sam go tak traktowałem! Byłem przekonany, że on chce się jedynie trochę zabawić, a Amerykanie go odrzucą. Nie doceniłem jego umiejętności prowadzenia kampanii.

A te są...?

- Bardzo wysokie. To właśnie kampania spowodowała, że wyborcy utożsamili się z tym, co i jak on głosił.

On wierzy w swoje słowa, czy jest po prostu cyniczny?

- Nie jestem w stanie tego stwierdzić. Trudno powiedzieć, na ile Trump świadomie manipuluje elektoratem, a na ile przekazuje własne wartości. Jedno jest pewne: to, co robi - robi skutecznie.

Pan - jako obserwator - daje się uwieść Trumpowi?

Muszę powiedzieć, że z dużym podziwem patrzę, jak bardzo on jest skuteczny. Z punktu widzenia analizy procesu wyborczego, Donald Trump jest fascynującą postacią. Zaczął znikąd, jako postać wyśmiewana, aż tu nagle okazuje się, że ma realną szansę na prezydenturę.

Naprawdę realną?

Trump świetnie zdiagnozował sytuację polityczną. Dostosował się do niej, uderzył we właściwe tony, a przede wszystkim wprowadził bardzo silną konfrontacyjność. Jego wszystkie wystąpienia w debatach łamały dotychczasowe konwencje.

To znaczy?

Wprost atakował przeciwników, ich słabe strony. Oczywiście nie chwalę jego metod, ale polityka nie jest sztuką dobrego zachowania. To sztuka przekonywania ludzi, zdobywania głosów.

I ludzi przekonał. Gorzej z partyjnym establishmentem.

Rzeczywiście, polityczni analitycy na wszelkie sposoby starają się zwalczać Donalda Trumpa. Proszę włączyć dowolną stację - nawet popierającą republikanów Fox News - a zobaczy pan same ataki na niego. To jednak w ogóle nie zmienia zdania wyborców. Republikańska nominacja dla miliardera powoli staje się przesądzona.

A więc jednak.

Nawet jeśli on nie uzyska niezbędnej większości przed konwencją, to zdobędzie taką liczbę głosów, że Republikanie nie odważą się odebrać mu nominacji. Bo jeśli to zrobią, nastąpi rozbicie partii. Trump nie jest grzecznym graczem, nie ustąpi. Poza tym, mam wrażenie, że poza Trumpem, partia republikańska nie ma kandydata, który mógłby wygrać wybory.

Ted Cruz?

Absolutnie bez szans.

Czytałem niedawno badania, które wskazywały, że Hilary Clinton wygrałaby pojedynek z Trumpem i Marco Rubio, ale przegrałaby właśnie z Cruzem.

To mrzonki. Jednego nie bierze się pod uwagę - Hilary Clinton jest bardzo wytrawnym graczem politycznym, ale nigdy nie spotkała się z kimś takim jak Donald Trump. On nie potraktuje jej grzecznie. Bez przerwy będzie pytał byłą sekretarz stanu: "Jak będziesz się czuła, siedząc w Gabinecie Owalnym na fotelu, na którym siedział twój mąż i zabawiał się ze stażystkami?". Clinton nie wytrzyma ataków miliardera i zacznie mu się odgryzać. A jeśli dojdzie między nimi do otwartej konfrontacji - Trump stanie się wyraźnym faworytem. To jak w walce bokserskiej: zawodnik może być świetny technicznie, doskonale przygotowany przez trenera, ale kiedy otrzyma kilka ciosów - będzie chciał oddać.

A Rick Perry? "New York Times" napisał, że establishment partii republikańskiej rozważa wystawienie właśnie jego jako kandydata niezależnego, jeśli Donald Trump wygra prawybory.

To też zgrana karta, grożąca rozbiciem partii i odebraniem zwolenników. Takie zachowanie przypominałoby słynny dowcip, w którym karp domaga się przyspieszenia Bożego Narodzenia. Krok samobójczy.

W Polsce często podkreśla się, jak wiele negatywnych skutków może mieć dla naszego kraju prezydentura Donalda Trumpa. A z jakimi zagrożeniami mielibyśmy do czynienia, gdyby w Białym Domu zasiadła Hilary Clinton?

To byłaby kontynuacja polityki Baracka Obamy. Próbowano by się porozumieć z Moskwą, pozornie biorąc pod uwagę zdanie Polski. Waszyngton nie będzie rozmawiał z Warszawą, nie jesteśmy dla Stanów Zjednoczonych równorzędnym partnerem. Musimy sobie powiedzieć jasno: kiedy dwóch mocarzy się bije, dla pozostałych może nie być miejsca przy stole.

Jak Pan reaguje na analizy w rodzimej prasie, gdzie w jednym rzędzie stawia się właśnie Donalda Trumpa, Marine Le Pen i Andrzeja Dudę?

To są zupełnie różni politycy, o innych profilach i wartościach. Tego typu porównania to dowód analitycznej bezradności. Trump jest jednak biznesmenem, który zdobył wielką fortunę i pokazuje, że potrafi działać w sferze gospodarczej. A co osiągnął prezydent Andrzej Duda, poza tym, że wygrał wybory? Nie chciałbym wartościować, ale te osoby reprezentują zupełnie inny polityczny styl.

To do którego polskiego polityka porównałby Pan Donalda Trumpa?

Do Janusza Palikota. On głosił rozmaite kontrowersyjne hasła, organizował happeningi, zachowywał się w poprzek konwencją. Zabrakło jednak profesjonalizmu.

Prof. Zbigniew Lewicki - amerykanista z Uniwersytetu im. kard. Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i członek Rady Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych