Czarne dżinsy, czarna koszulka, czarne włosy i bród ka. Kirk Hammett - to było moje pierwsze skojarzenie. Ale Wojtek Balczun z Chemii jest od gitarzysty Metalliki młodszy. I trochę mniej znany w świecie muzyki. Za to bardziej znany w świecie biznesu. Proszę państwa, oto były prezes, który na scenie gra solówki, pijąc jacka daniel'sa z gwinta.

Piotr Zabłocki : Chemia jest na poważnie?

Wojtek Balczun: - Jak najbardziej!

To nie kryzys wieku średniego?

- Nie wiem. A może Chemia jest tym kryzysem, tylko ja o tym nie wiem. Ja po prostu nie mam poczucia, że jestem w wieku średnim. Nie jestem i koniec. Żyję marzeniami.

Dwa lata temu graliście na Woodstocku. Pewnie były też zespoły, w których mogłyby grać twoje dzieci.

- Nigdy w ten sposób nie patrzę i myślę, że nie będę patrzeć, dopóki w głowie będę miał poczucie, że mam 17 lat. Wyznaczam sobie cele, jakbym miał całe życie przed sobą. Mam oczywiście świadomość upływu czasu, ale wszystko dla mnie jest przygodą i wyzwaniem. Poza tym pamiętaj, że facet zawsze jest chłopakiem. Tylko czasami życie nakłada na nas takie rygory, których nie potrafimy z siebie zrzucić, zapominamy o tym chłopaku w środku.

Ty nie zapomniałeś.

- Nie zapomniałem. Wiesz, kiedy zostałem muzykiem na 100 procent, pewnie wiele osób za plecami powiedziało, że zwariowałem. Ale teraz ludzie przychodzą i mówią: "Strasznie mi pomogłeś w życiu. Też mogę spróbować coś zmienić, mam punkt odniesienia". Przecież to nie jest tak, że jak masz czterdziestkę, to musisz zawiesić marzenia na kołku i skupić się tylko na spłacie kredytów.

Nie wypominam ci, ale masz 45 lat. Jesteś nadzieją dla tych, którzy marzyli w liceum o karierze w kapeli rockowej...

- Myślę, że to reguluje biologia. Nie mam poczucia, że odstaję od młodszych kolegów. Jak ktoś chodzi na koncerty Chemii, to wie, że jestem jedną z najbardziej ekspresyjnych osób na scenie.

Picie jacka daniel'sa z gwinta...

- Ha, ha, ha... Na scenie kompletnie nie jestem w stanie zapanować nad swoimi emocjami. I co więcej, odczuwam niesamowitą radość z tego, że tam jestem.

Znajomi, którzy widzieli cię na scenie, nie chcieli uwierzyć, że byłeś poważnym menedżerem.

- Jestem na scenie sobą, ale gdy jestem zaangażowany w jakiś projekt czy biznes, też jestem sobą. To też część mnie. Chociaż czasami sam miałem wątpliwości, czy mogę być równocześnie menedżerem i gitarzystą Chemii. Ale w końcu pomyślałem, że mam jedno życie. Czemu to ja mam wychodzić naprzeciw stereotypom czy też oczekiwaniom ludzi?

Łączyłeś te dwie rzeczy dość długo. Co było bezpośrednim impulsem, żeby poświęcić się Chemii?

- Nie było bezpośredniego impulsu. Dojrzewałem do tego.

Ale był jakiś kluczowy moment?

- Musiałem wyjechać na trzy tygodnie do Kanady na miksowanie płyty. Wiedziałem, że nie mam warunków w firmie, żeby wyjechać. A już nie mogłem tego odpuścić.

Jeszcze dzień przed decyzją obejrzałem film "Cudowne dziecko", o chłopcu pozbawionym rodziców. Geniuszu gry na gitarze, który poszukiwał swojego taty. I tam jest taka scena: jest w Nowym Jorku, gra na akustycznym gibsonie i wszyscy się zachwycają. A ja mam taką samą gitarę. Stała obok telewizora. Spłakałem się na tym filmie strasznie i wieczorem powiedziałem żonie: "Ja to muszę zrobić. Nie mogę odpuścić tego wyjazdu, nie mogę odpuścić płyty".

Następnego dnia rzuciłeś PKP Cargo. Dziennikarze biznesowi byli w szoku, gdy mówiłeś, że dostałeś inną propozycję.

- To nie była ściema. Naprawdę dostałem propozycję z Kanady. Do dziś jestem zaangażowany w ten projekt, choć nie zajmuje on tyle czasu, ile się spodziewałem.

Czyli to nie Chemia była tym międzynarodowym projektem.

- Chemia też. Miałem poczucie, że poświęciłem pięć lat PKP. Główna część restrukturyzacji została przeprowadzona. Wiedziałem, że następcy wprowadzą firmę na giełdę, bo jest do tego dobrze przygotowana. I że to jest czas, by poświęcić się Chemii, żeby tego nie spieprzyć.

Nie miałeś wątpliwości?

- Wątpliwości to ja mam codziennie. To normalna rzecz. Gdybym wierzył, że jestem najlepszy na świecie i że wszystkich pokonam, to już lepiej byłoby mnie odstrzelić. Każdego dnia, biorąc gitarę, zastanawiam się, czy jestem wystarczająco dobrym instrumentalistą, czy riff, który wysłałem Łukaszowi [Łukasz Drapała, wokalista zespołu], jest OK. Wiesz, to się tak trochę działo, jak z restrukturyzacją PKP Cargo. Kiedy zostałem tam prezesem, nie doceniałem skali problemów, które na mnie miały spaść. Gdybym przypuszczał, co mnie czeka, może bym się nie zdecydował.

Z Chemią jest tak samo, trochę jak z pierwszym zakochaniem. Człowiekowi wyłącza się racjonalna ocena rzeczywistości. Endorfiny sprawiły, że się nie zastanawiałem, czy dam radę. Ja się dopiero teraz zastanawiam: jak długo będę to ciągnął, jak poradzić sobie z funkcjonowaniem zespołu.

W Google'u łatwiej cię jeszcze wyszukać jako menedżera niż jako gitarzystę.

- Powoli to się zmienia.

Mówisz o przejściu na artystyczną stronę mocy, ale tobie było łatwiej. Praca w PKP Cargo cię ustawiła...

- Nie ustawiła... A świat muzyki nie daje stabilności finansowej. Ale czuję się tu dużo lepiej i pewniej. Mimo że jesteśmy zdani tylko na swoją własną twórczość i determinację. Za to nie pracujemy w korporacjach.

Byłem święcie przekonany, że po zakończeniu pracy w biznesie na Chemii nie musisz już zarabiać.

- Nie do końca tak jest. To raczej moja żona, angażując się przez wiele lat w różne projekty, zrealizowała kilka ciekawych przedsięwzięć, które dały nam stabilizację finansową. Ale Chemia kosztuje. Wiele kosztów ponosimy sami, gramy też koncerty, za które nie dostajemy złotówki, lecz jest to element promocji zespołu.

To jak zareagowała rodzina, gdy powiedziałeś, że teraz zajmujesz się zespołem?

- Żona zawsze wspierała moje wybory, nawet gdy się z nimi do końca nie utożsamiała i uważała za zbyt ryzykowne.

Zrobiłeś biznesplan?

- Muzycznie?

Życiowo. "Kochanie, daję sobie tyle i tyle czasu i albo to się zacznie kręcić, albo nie".

- Nie. Uważam, że w przypadku sztuki nie można takich rzeczy robić. Nie można kalkulować. Jak będę musiał wrócić do pracy, nie wiadomo, jak się życie potoczy, to wrócę. Ale nie zrobię tego, likwidując Chemię. To jest projekt mojego życia. Będę go ciągnąć, dopóki biologia mi pozwoli. Oczywiście czasami pojawiają się napięcie i stres. Cały czas jestem angażowany jako ekspert. Nie mam czasu, żeby działać na pełny etat. Ale moje doświadczenie i kompetencje nie wyleciały mi z głowy. Mogę, jadąc busem na koncert, siedzieć przy komputerze i pisać jakieś opracowanie czy analizę.

Ale czad. W busie przed koncertem powinien się alkohol lać!

- Nie mówię, że alkohol się tam nie leje. Jeśli wyjeżdża się na jeden koncert, to można sobie pofolgować. Ale jak jedziemy i gramy dzień po dniu, z dwoma dniami przerwy, 17 koncertów, to nikt nie wytrzymałby lejącego się alkoholu. Widzieliśmy na ubiegłorocznej trasie ze Skindred, jak oni funkcjonują. Trzeba wejść na scenę i dać piękny show. To wymaga wysiłku fizycznego i umiejętności technicznych. Tu nie ma opcji, że człowiek przyjdzie skacowany po trzech dniach picia i da dobry koncert. Nie mówię, że jesteśmy święci, zdarza nam się zaszaleć. W ramach zdrowego rozsądku, trochę naciągniętych granic zdrowego rozsądku.

Jak patrzą na Chemię twoi znajomi z biznesu?

- Na początku traktowali to jako niegroźny odlot. Wiesz, jeden jeździ na motorach, drugi lata kajtem, inny podróżuje, a ja - zespół. Nie doceniali mojej determinacji. Wszyscy mnie klepali po plecach i powtarzali "super, super". Teraz, po pięciu latach grania, zdarza się, że przychodzą i mówią: "Tak naprawdę wtedy nie było super. Cieszyliśmy się, że ty się cieszysz. Ale teraz to już kawał poważnego zespołu". Wielu moich starych znajomych przychodzi do dziś na koncerty.

A jak muzycy patrzyli na ciebie?

- Było słabo. Środowisko muzyczne podeszło do mnie z wielką nieufnością. Najpierw gadanie, że jestem grubym napasionym prezesem z cygarem, który zarobił i w ramach fanaberii postanowił zostać gwiazdą rocka. Że ktoś nagrywa za nas, że gramy z playbacku... Straszne historie. Stąd zresztą decyzja, żeby płytę "Let Me" nagrywać w Polsce. Można było przyjść do studia i zobaczyć, że mamy gitary w rękach. Ale już takich opinii jest mniej. Spotykam wielu muzyków i jest szok: gdzie cygaro, gdzie brzuch.

Wiesz, przyszedłeś do nich z Babilonu.

- Tak, ale to nie oznacza, że zdradziłem swoje ideały. W głębi duszy jestem rebel i absolutnie wszystko, co niesie muzyka rockowa, jest mi bliskie. Ale oczywiście mam swoją historię, mam wykształcenie, interesuję się filozofią. To jest część mnie. Nie uważam, żebym gwałcił ideały, pracując w banku czy PKP. Nie muszę być jednowymiarowym buntownikiem, który wyje na cały świat. Zawsze kochałem muzykę rockową. Nigdy nie przestałem grać, ciągle tworzyłem, zawsze miałem kontakt z muzykami. Dla moich przyjaciół, znajomych i rodziny było oczywiste, że gram, że weekendy spędzam w piwnicy, przynoszę numery i każdy tego słucha. Byłem w swoich zamiarach od samego początku do bólu szczery. I nigdy nie myślałem w kategoriach uprawniania muzyki w celach finansowych.

Ale wielu muzyków jest milionerami, Stonesi...

- Wielu jest. Na przykład ostatnio Dave Mustaine z Megadeath sprzedawał swoją willę w San Diego za 5 czy 6 milionów dolarów. Na tamtym rynku, jeśli odnosisz sukces muzyczny, to idzie za nim sukces finansowy. Popatrz na wielkie gwiazdy rocka. To są bogaci ludzie. I co z tego? Nie odbiera im to prawa do tworzenia muzyki, bo dalej są szczerymi muzykami rockowymi.

Choć gdy na początku lat 90. Rage Against the Machine dostało chyba 10 mln dolarów za swój pierwszy album, lewicowy i antysystemowy, to jednak można było się pośmiać.

- To jest konsekwencja tego, że nawet jak wypływasz na buncie i antysystemowości, to i tak prędzej czy później zetkniesz się z realnym światem. Bo ktoś ci musi tę płytę wydać, więc musisz podpisać cyrograf. Dlatego wydaje mi się, że bycie bardziej wielowymiarowym jest lepsze na dłuższą metę, bo świat nie jest zerojedynkowy. Oczywiście show-biznes od czasu do czasu składa w ofierze kolejnego znanego muzyka z klubu 27, żeby etos tragicznych buntowników podtrzymywać. Ale gwiazdy rocka to w prywatnym życiu normalni ludzie.

A propos normalności. Masz syna, jak on na to patrzy?

- Ma 23 lata... Wydaje mi się, że jest dumny ze mnie i docenia to, co ja robię. I że miałem odwagę. Był nawet z nami w Kanadzie jako techniczny.

Byłeś w zeszłym roku w Krynicy na Forum Ekonomicznym...

- Co roku jeżdżę.

Wiem. Ale czy w tym roku miałeś już długie pióra?

- W tym roku już tak. Ale spiąłem je.

W garniturze byłeś?

- Założyłem dżinsy i marynarkę, w kratkę. Wyróżniałem się trochę, część osób pewnie kpiła, ale większość mówiła, że też by tak chcieli.

A krawat?

- Szczerze? Od odejścia z PKP nie założyłem krawata.