Dariusz Wołowski: - Pierwszy raz na boisko zabrał pana starszy brat Krzysztof. Tak mówi rodzinna legenda.

Grzegorz Krychowiak: - Tak było, brat sam grał w piłkę i pewnego dnia wziął mnie ze sobą. Nic z tego już nie pamiętam, nie miałem nawet trzech lat. Musiało mi się spodobać, bo piłka stała się dla mnie centralnym punktem. Na początku nie miałem żadnych planów dotyczących przyszłości, nie myślałem o zawodowej karierze, liczyła się frajda, radość, rodząca się we mnie miłość do gry. Wtedy zapomina się o chłodzie, głodzie, o tym, że boisko jest wyboiste i krzaczaste. To wszystko nie ma znaczenia. Myślę, że bez tych emocji nic by się nie udało, dziecko napędza przyjemność, która z czasem zmienia się w pasję pozwalającą potem znieść trudy kariery. Bez miłości do piłki niemożliwy byłby cały ten ogrom pracy, który trzeba wykonać, by zostać zawodowym piłkarzem. Gdybym więc nie pokochał tej gry, nigdy bym przez to wszystko nie przeszedł.

W życiu pewnych rzeczy nie da się oszukać, nie da się zaplanować, powiedzieć sobie: "będę piłkarzem, bo będę dobrze zarabiał". Jeśli nie masz w sobie tej iskry, to się nie uda. Trzeba mieć w charakterze zaciętość, której nie złamią niepowodzenia, ból i porażki. Przeciwnie: gdy się przegra, człowiek potrafi wyciągać z tego wnioski i chce rewanżu. To się nakręca aż do chwili, gdy hobby zaczyna się zmieniać w karierę. Pamiętam, że piłka towarzyszyła mi zawsze, gdy nie graliśmy meczów, bawiliśmy się nią w grę, w której trzeba było przebyć drogę z domu do plaży za pomocą jak najmniejszej liczby kopnięć.

Jest pan człowiekiem, który nieustannie żartuje. I tylko o piłce mówi pan zawsze tak poważnie.

- Nie zawsze. To pozory. Śmiech jest najlepszym sposobem na rozładowanie stresu. Dlatego podczas zgrupowań i treningów zawsze żartujemy jak najwięcej. Żarty zbliżają piłkarzy, tworzy się zwarta grupa gotowa do podjęcia poważnych wyzwań na boisku. Przykładem mogą być nasze dowcipy z Wojtkiem Szczęsnym na oficjalnej konferencji prasowej przed meczem z Niemcami w Warszawie. Graliśmy z mistrzami świata, nasze szanse nie były zbyt duże, do jesieni 2014 r. reprezentacja Polski nigdy z Niemcami nie wygrała. Czuliśmy, że dla wielu rodaków ten pojedynek będzie czymś znacznie poważniejszym niż kolejny mecz piłkarski. Nie można było dopuścić, by napięcie nas sparaliżowało. Mieliśmy wyjść na boisko bez obciążeń, wolni od stresu, choć to nie było łatwe. Ale tylko wtedy da się powalczyć o zwycięstwo nad tak wielkim rywalem.

Trzeba było wznieść się na wyżyny, a to jest możliwe, gdy lęk przed porażką nie ciągnie cię w dół. Przy takim napięciu żarty, dowcipy, wygłupy oczyszczają, działają jak balsam, oczywiście trzeba uważać, by nie przekroczyć granicy. Całkowita powaga zaczyna się z pierwszym i kończy z ostatnim gwizdkiem sędziego. Drużyna żyjąca w stresie już na kilka dni przed meczem stawia się w bardzo trudnej sytuacji.

To jeszcze jedno poważne pytanie - powiedział pan kiedyś: "jaki jesteś w życiu, taki jesteś na boisku".

- Tego nie da się obejść czy oszukać. Jeśli jesteś bałaganiarzem w życiu, nie staniesz się człowiekiem uporządkowanym na boisku. Albo się jest odpowiedzialnym, walecznym, punktualnym, albo nie.

Jeden z pana kolegów z Mrzeżyna opowiadał, że jeśli zbiórka na mecz była wyznaczona na godzinę 9, pan, najmłodszy w drużynie, zawsze przychodził znacznie przed czasem. "Gdy przychodziłem na przystanek, Grzesiek zawsze już tam był".

- Pilnowałem, by autobus nie odjechał beze mnie. Mecz to była w moim życiu bardzo poważna sprawa, która nie mogła mnie ominąć.

Chłopaki z Orła Mrzeżyno marzyli o grze w Pogoni Szczecin. Pan mówił, że chce grać w Liverpoolu, Realu, Barcelonie. Tak wspomina brat Krzysztof.

- Trzeba mieć marzenia, fantazje, plany. Moim idolem był Steven Gerrard, stąd wzięła się fascynacja Liverpoolem. Ale to prawda, że widziałem siebie w najlepszych klubach. Nie mogłem mieć świadomości, ile to kosztuje wysiłku, dziś wiem, że talent to tylko jakieś 20 proc. sukcesu. Reszta to pasja, praca, zaciętość i jeszcze raz praca.

Podobno swojej dziewczynie Celii powiedział pan, że jest studentem.

- Tak. Uczyliśmy się i odbywaliśmy praktyki niedaleko siebie. Poznaliśmy się, a ja powiedziałem, że jestem studentem. We Francji środowisko piłkarskie ma złą opinię. Odbierane jest negatywnie, jakby skupiało się tam wiele zła. Ogromne pieniądze ściągają do piłki podejrzanych typów, oszustów, których celem nie jest dobro piłkarzy, ale łatwy zarobek. Przestrzegam jednak przed wrzucaniem wszystkich do jednego worka. Na szczęście są w futbolu ludzie uczciwi, trzeba umieć ich poznać. Ja do nich miałem szczęście.

Ale mama Celii załamała podobno ręce, gdy wydało się, że córka spotyka się z piłkarzem.

- Zachwytu nie było, to prawda, ale dziś nasze relacje są znakomite. Jak mówiłem, każdy z nas to osobny przypadek człowieka, godny, by go oceniać za to co robi, a nie za to, jaki ma zawód. Cóż, długo faktu, że gram w piłkę, przed Celią nie mogłem ukryć, codzienne treningi mnie zdradziły.

To teraz żartem. Powiedział pan kiedyś: "Wojtek Szczęsny chwali się dziewczynom, że jest piłkarzem, ja nie muszę".

- Znamy się osiem lat, przyjaźnimy. Robimy sobie psikusy, żartujemy jak wszyscy dobrzy kumple w naszym wieku. Szanuję Wojtka jako światowej klasy bramkarza, ale też fantastycznego człowieka: wesołego, błyskotliwego. Gdy myślę o zgrupowaniu kadry, to wiem, że spotkam tam tego faceta, na którego widok nie będę umiał powstrzymać uśmiechu.

Jest pan defensywnym pomocnikiem. Ale ma pan szczęście do goli w ważnych meczach. Polska usłyszała o panu po zwycięskim golu z Brazylią na mistrzostwach świata juniorów. To pan zdobył pierwszą bramkę dla klubu Stade Reims w Ligue 1. Albo gola dla Sevilli w finale Ligi Europy na Stadionie Narodowym w Warszawie. Kiedy więc drużyna Adama Nawalki kończyła eliminacje Euro 2016 decydującym meczem z Irlandią, jasne było, że Krychowiak zdobędzie gola. Lubi pan wielkie mecze, gdy gra się serduchem?

- Na podwórku, jak każdy chłopak, chciałem zdobywać bramki. Dla dzieciaków to jest największa frajda. Na tym w końcu polega piłka. Zacząłem grać na pozycji defensywnego pomocnika. Trochę niewdzięczna rola, ale mnie bardzo odpowiada. Goli się raczej nie strzela, a jeszcze w dodatku przeszkadza w strzelaniu rywalowi. Trenerzy to cenią bardzo, kibice mniej. Czasem każdy z nas, defensywnych pomocników, chce jednak wrócić na chwilę do dzieciństwa. I poczuć, jak to jest być fetowanym jak napastnik.

Lista ludzi, którym Krychowiak najwięcej zawdzięcza...

- Jest bardzo długa. Aż boję się ją zaczynać, żeby kogoś nie pominąć i nie urazić. Na pewno na górze jest rodzina, bez niej nie wyobrażam sobie życia i kariery. Na pewno -bardzo pomógł mi Andrzej Szarmach. Kiedy miałem 15 lat i grałem sparing w Bordeaux, zaproponował mi, żebym się wybrał do Francji. Dostaliśmy z rodzicami tydzień do namysłu. Gdyby mnie nie wsparli, pewnie nie odważyłbym się na ten krok. Po przeprowadzce Szarmach mnie nie zostawił, ale opiekował się, doradzał, dawał impulsy do walki w trudnych chwilach. Miałem od niego wsparcie, kiedy potrzebowałem. To samo w internacie w Bordeaux, przecież ja miałem 15 lat, potrzebowałem nie tylko trenerów, ale wychowawców, opiekunów. Pokus było dużo, ale dzięki nim potrafiłem ich unikać. Rodzicie tak mnie wychowali, że już jako nastolatek wiedziałem, co jest dla mnie najważniejsze. Piłka była ponad imprezami, alkoholem, choć rzecz jasna nie byłem odludkiem, który tylko je, śpi i trenuje.

W Bordeaux nie zarazili pana pasją do wina. Niezły z pana przekora.

- Wino mi nie smakowało, choć wiem, że region z niego słynie. W ogóle nie lubię alkoholu, nawet szampana. Nigdy nie było jednak tak, że niechęć do picia kosztowała mnie stratę kolegów, towarzystwa. Nie potrzebuję pić, by się bawić i dobrze czuć w życiu.

Za to Francja zaraziła pana innym swoim "nałogiem". Pasją do mody. To się stało pod wpływem Celii, która jest modelką?

- Moda to hobby, lubię być dobrze ubrany. Lubiłem, zanim poznałem Celię, choć rzecz jasna ta skłonność nas łączy. Czasem, gdy mamy wolne, wstaję i mówię: "jedźmy na zakupy". Celia nigdy nie protestuje.

Jeździcie do Paryża, Madrytu. Ile razy w roku? Jaką największą odległość Pan przebył, żeby zdobyć modny ciuch?

- Nigdy nie jechałem dalej niż z Sewilli do Paryża. Zdarza mi się 5-10 razy w roku, piłka jest ponad wszystko, więc czas na zakupy jest wtedy, gdy mam dwa dni wolnego. A to rzadkość.

Dlaczego człowiek przywiązuje się do marek?

- Marki różnią się detalami, wykończeniem, ciekawym zestawieniem drobiazgów. To właśnie decyduje o tym, czy koszula, spodnie, płaszcz są niepospolite czy przeciętne.

Garderoba w waszym domu w Sewilli zajmuje całe piętro, a pan ma podobno więcej butów niż Celia.

- Mam dużo, ale chyba jednak nie więcej. Garderoba jest już wykończona, jest się w co ubrać.

Mówił pan o Wojciechu Szczęsnym i żartach, które sobie robicie. Z prezesem Zbigniewem Bońkiem miał pan dyskusję na Twitterze na temat mody. Gdy pokazał się pan w płaszczu, zapytał, czy męskich w sklepie nie było.

- Prezes był wielkim piłkarzem, ale jeśli chodzi o modę, jest jednak kimś z innej epoki. Gdyby nie był, dawno pozbyłby się wąsów (śmiech).

Dlaczego gra w reprezentacji jest taka ważna? Przecież nie zarabia się w niej pieniędzy, co wielu piłkarzy zniechęca.

- Jestem patriotą i możliwość reprezentowania 40-milionowego kraju to dla mnie przywilej. Nie tyle obowiązek, co zaszczyt, największy, jaki można sobie wyobrazić. Wiem, że to wielkie słowa, ale myślę, że każdy polski chłopak, zanim pomyśli o koszulce wielkiego klubu, marzy o biało-czerwonej. W juniorskich kadrach zagrałem w sumie sto razy. I zawsze czułem dumę i do dziś się to nie zmieniło. Jak się stoi tam na dole, na boisku, patrzy się na pełne trybuny, flagi, transparenty, kiedy brzmi hymn, włosy stają człowiekowi dęba. Nie wiem, jaki moment można uznać za bardziej podniosły. Nie ma niczego, co można postawić ponad drużynę narodową.

Podobno odpisuje pan na wszystkie listy kibiców z prośbą o autograf.

- Tak, choć jest ich bardzo dużo. Ale kiedyś jako nastolatek, będąc w internacie w Szczecinie, sam pisałem takie prośby do znanych piłkarzy. W tym bramkarza Liverpoolu i kadry Jerzego Dudka. No i dostawałem odpowiedź. Wiem, jak czuje się młody kibic, który pisze, czeka, a potem cieszy się z tego, że jego prośba została spełniona.

Przypomina pan sobie pierwsze spotkanie z Robertem Lewandowskim?

- Nie, jakoś mi to umknęło, ale szybko złapaliśmy dobry kontakt, dzięki Wojtkowi Szczęsnemu. Robert to jeden z najlepszych napastników świata, ale jako człowiek jest równie fantastyczny. Idealny lider i kapitan dla tej drużyny. Zapewnia jej gole, zwycięstwa, ale też daje przykład, jak traktować reprezentację i swoją karierę. On nie tylko gra, on pracuje na sukces reprezentacji.

Kiedyś ojciec Wojtka Szczęsnego Maciej opowiadał mi, jak odprowadzał nastoletniego wtedy syna na samolot do Londynu. Wojtek leciał do szkółki Arsenalu. Obaj byli twardzi do chwili, gdy Wojtek wsiadł do samolotu, po czym Maciej usiadł na pierwszym krawężniku i płakał. Pana rodzicie musieli przeżywać coś podobnego.

- Wszystko ma swoją cenę. Mama myślała, że jako najmłodszy syn najpóźniej opuszczę dom, a wyjechałem do internatu w Szczecinie, mając 12 lat. Trzy lata później przeniosłem się do Francji. Rodzice pewnie się martwili, ale starali nie dawać po sobie poznać. Po prostu mnie wspierali, bo tego potrzebowałem wtedy najbardziej.

Gdy zastanawia się pan, jaką decyzję podjąć, to kogo pan przywołuje, mamę czy tatę?

- Nie pamiętam nawet dużej różnicy zdań między mną i rodzicami. Może kiedyś była, ale gdzieś mi się zatarła w pamięci. Co do jednego zawsze miałem pewność. Agent piłkarski, trener, kolega z drużyny mogą coś radzić z myślą o własnej korzyści czy wygodzie. Tymczasem rodzice zawsze kierowali się wyłącznie moim dobrem. Im ufałem bezgranicznie, bardziej niż sobie. Niczego mi nie narzucali, po prostu pokazywali drogę. Miałem pewność, że to wyjście właściwe. Ja nie wyjechałem na Zachód zabawić się czy zarobić, ja pojechałem dla piłki i wszystko, co mi przeszkadzało w osiągnięciu wysokiego poziomu, musiałem odrzucić. Nie sądzę, żebym miał jakiś oszałamiający talent, to, co zdobyłem, to efekt pracy.

Leo Messi, Cristiano Ronaldo - żaden polski piłkarz nie ma okazji mierzyć się z nimi częściej niż pan. A to przecież piłkarze, którzy mają swoje miejsce w historii: w sumie zdobyli aż osiem Złotych Piłek dla gracza numer 1 na świecie.

- Ja to widzę tak: Sevilla rywalizuje z Realem lub Barceloną, a nie Krychowiak z Messim czy Ronaldo. Co oczywiście nie znaczy, że te pojedynki nie są czymś nadzwyczajnym. Ale gdy słyszę gwizdek sędziego, mam w głowie jedną myśl: jak pomóc klubowi w zwycięstwie. Ronaldo i Messi, mimo wszystkich swoich nagród, myślą pewnie tak samo. Wychodzimy na boisko, dajemy z siebie 100 procent, by po ostatnim gwizdku niczego nie żałować. I bez wstydu spojrzeć w lustro. Czasem to daje zwycięstwo, czasem trzeba się podnieść po porażce.

No to na koniec podsumujmy Grzegorza Krychowiaka: dowcipny, przystojny, niepijący, dobrze ubrany, świetny piłkarz. Czy o czymś zapomniałem? Ma pan teraz okazję zmienić swój wizerunek.

- Ależ mi pan przysłodził. Tak na serio, to o Krychowiaka powinno się spytać Celię. Ona jest z nim na co dzień, ona go teraz zna najlepiej. Ja mogę powiedzieć jedno: staram się być pozytywny. Cieszą mnie detale, kiedy budzę się i widzę słońce, to mi się robi ciepło na duszy. A że w Sewilli świeci zawsze, to zawsze dobrze zaczynam dzień. Nie lubię się zamartwiać, nawet w rzeczach negatywnych można się doszukać czegoś pozytywnego. Kontuzji każdy piłkarz boi się jak ognia. A ja miałem w tym roku kontuzję i sześć tygodni bez piłki. Godziny w gabinetach odnowy z jedną myślą: "wrócić jak najszybciej". Co w tym dobrego? Odpocząłem. Wbrew własnej woli, ale jednak. Może podczas Euro 2016 będę miał więcej siły do biegania?

Grzegorz Krychowiak: Urodzony w 1990 r. w Gryficach. Już jako szesnastolatek wyjechał do Francji, gdzie grał głównie w pierwszoligowym Stade Reims. Dwa lata temu trafił do zwycięzcy Ligi Europy - hiszpańskiej Sevilli i już w pierwszym sezonie obronił z klubem europejskie trofeum. Po znakomitym sezonie zaczęły się nim interesować największe kluby Europy. W kadrze narodowej jest - obok Roberta Lewandowskiego - jednym z filarów drużyny Adama Nawałki.