Korzysta pan z internetu?

- Zaglądam od czasu do czasu, aby posłuchać muzyki. Ale żebym miał spędzać po kilka godzin dziennie - to nie.

Pytam, bo teraz wszędzie trąbią o ACTA. Czuje się pan okradany?

- Znam sprawę ze słyszenia. Przepisy wydają się dwuznaczne. Nie wiem, czy z tego powodu zyskam cokolwiek jako twórca. Gdyby tak miało być, pewnie opowiadałbym się za ACTA. To zrozumiałe, że większość społeczeństwa mówi "nie". Artystów, którym zależy na ochronie praw, jest proporcjonalnie mniej.

Co w tym złego, że ludzie dzielą się twórczością innych w sieci, wymieniają informacje?

- Absolutnie nic. Ma to swoje zalety. Nieobecni w mediach artyści mogą za pomocą internetu docierać ze swoją muzyką do ludzi. Z drugiej strony rozumiem opór pisarza, którego książkę ktoś ściąga za darmo, zamiast kupić ją w księgarni.

Dużo straciliście na piractwie fonograficznym w latach 90.?

- Nie potrafię oszacować dokładnie, ale były to niemałe sumy. Każda nowa płyta najpierw miała "premierę" na Stadionie Dziesięciolecia. Wszystko przez wygórowane ceny. Nie może być tak, że kupno dziesięciu płyt to równowartość miesięcznej pensji pielęgniarki. Owszem, w Stanach płyty kosztują więcej, ale przecież ludzie także więcej zarabiają.

Wygodniejsza byłaby sprzedaż w sieci. Zamiast całej płyty, kupno jednej piosenki.

- Jeden z zagranicznych zespołów udostępnił nowy album tylko w internecie. Cena była umowna - kupujący płacili wedle uznania. Jeśli doszli do wniosku, że warto wydać więcej niż symbolicznego dolara, sięgali głębiej do kieszeni. Ale w Polsce na taką zbiorową hojność chyba nie można by liczyć [śmiech].

Pomówmy o "Bitwie na głosy". Jak się pan tam znalazł?

- Parokrotnie producenci programów talent show zapraszali mnie do pełnienia roli jurora, ale zawsze odmawiałem z powodu braku czasu. Albo byłem w trasie z Lady Pank, albo nagrywaliśmy płytę. "Bitwa na głosy" emitowana jest na żywo, dlatego - za zgodą zespołu - niektóre koncerty przełożyliśmy na inny termin. Nie wziąłbym w niej udziału, gdyby nie fakt, że castingi odbywały się na Mazurach. To doskonała promocja regionu, któremu sporo zawdzięczam.

Znajduje pan wspólny język z młodymi ludźmi? Jacy oni są?

- Mają nieporównywalnie większe szanse niż my w ich wieku. Dziś można zorganizować kapelę w internecie. Programów lansujących artystów też jest mnóstwo. Ludzie z małych miejscowości mogą zaistnieć. Ale trzeba z nimi rozmawiać, uczyć pracy w grupie, oduczać gwiazdorstwa.

A może oni nazbyt serio traktują muzykę?

- Szukałem ludzi z dystansem do siebie i tak trafiłem na śpiewającą po rosyjsku dziewczynę, która uprawia z rodzicami duże gospodarstwo rolne. Obiecała mi przejażdżkę traktorem, więc musiałem ją wziąć do zespołu [śmiech]. Lubię osoby wyluzowane, bo to dobrze nie przejmować się ponad miarę. Ważna jest osobowość. Można mieć świetny głos, ale nie mieć nic do powiedzenia.

Co Lady Pank czerpie z grania: radość czy pieniądze?

- Żyjemy koncertami. Po dwutygodniowej przerwie aż rwiemy się do pracy. Patrzę na chłopaków i widzę w ich oczach radochę. Nie nudzą nas te same piosenki. Najważniejsze, że ludziom się podoba.

A stacjom radiowym?

- Chyba też, bo już czwarty singel z płyty "Maraton" ma trafić w eter. To ewenement. A wcale o to nie zabiegamy. Najwyraźniej dziennikarzom te piosenki przypadły do gustu.

W tym roku obchodzicie 30. urodziny. Będzie huczne świętowanie?

- Nie przepadam za jubileuszami. Dla mnie ważniejszy jest koncert promujący nową płytę. W tym roku chcemy wydać podwójny album symfoniczny - płytę z piosenkami oraz DVD koncertowe z kilku występów. Może dorzucimy bonusowego singla.

Co z książką o Lady Pank? Podobno Jan Bo powiedział "po moim trupie".

- Kilku poważnych wydawców składało nam propozycje. Janek powtarzał, że nie jest gotowy. To wymaga czasu, którego ciągle brak. Być może książka ukaże się za rok.

Czy Lady Pank godnie starzeje się na scenie?

- Wytrzymujemy ze sobą od 30 lat. Wiele zżytych małżeństw wcześniej się rozpada. To jest dowcipny zespół, który nie samą muzyką żyje [śmiech]. Mamy o czym ze sobą rozmawiać. Czy starzejemy się godnie? Starzejemy się po ludzku.

Adopcje zwierząt