Twórcy sięgają po konwencję komedii sensacyjnej. Zderzają ze sobą farsową opowieść o zbrodniach z przypadku popełnianych przez zdradzonego męża (pechowca-nieudacznika gra Zbigniew Zamachowski) ze sprawdzonym za oceanem schematem kumpelskiego kina policyjnego. W końcu śledztwo prowadzi tu dwóch gliniarzy o różnych charakterach, co - przynajmniej na początku - rodzi ciągłe nieporozumienia. Ireneusz Czop wciela się w śledczego Wierzbowskiego, który pozuje na twardziela i mianuje siebie naśladowcą Brudnego Harry'ego.

Jednak na razie ma na koncie jedynie odesłanie na rentę kolejnego partnera, co do reszty wyczerpuje cierpliwość szefa. Zmęczony wybrykami Wierzbowskiego przełożony przydziela mu do współpracy funkcjonariusza Grasia (w tej roli ogolony na łyso Arkadiusz Jakubik, odwołujący się ironicznie do swojego Rysia z "13. Posterunku"), chorobliwie przesądnego, pełnego fobii specjalistę od papierkowej roboty. Chociaż są pośmiewiskiem na komendzie, to właśnie oni odkrywają najpierw jedną, a potem kolejne ofiary Pokojskiego.

Bo trzeba przyznać, że jeśli już bohater "Kochanie, chyba cię zabiłem" chwyta za broń, czy tego chce, czy nie, trup ściele się gęsto. Szybko rozkręca się do tego stopnia, że widz przestaje w nim widzieć godną współczucia ofiarę małżeńskiej zdrady, która niefortunnym zbiegiem okoliczności wpakowała się w tarapaty. Zaczyna więc kibicować młodej parze wziętej przez Pokojskiego za zakładników w drodze nad morze - w jednej z bankowych skrytek trzyma pieniądze potrzebne mu do ucieczki z kraju.