Z zespołem Bokka rozmawiał Konrad Wojciechowski

Po rozłożeniu okładki waszej płyty, oczom słuchacza ukazuje się pofalowane pole. Wasza muzyka jest jak wiatr buszujący w zbożu?

- Pierwsza płyta to jedynie zalążek muzycznej drogi, którą chcemy wytyczyć. Poprzeczkę zawiesiliśmy sobie tak wysoko, że nawet jej nie widać. Pracujemy intensywnie i nieprzerwanie. Kolejna płyta ma być najlepszą we wszechświecie.

"Found Something" brzmi jak próba odtworzenia początków świata. W którym momencie waszego życia narodziła się muzyka? Kogo świadomie usłyszeliście najpierw?

- Każde z nas wywodzi się z zupełnie innego kręgu muzycznych zainteresowań. MM świadomie usłyszał najpierw Stinga, X - Maanam, a Y - Faith No More. Ale one nas w żaden sposób nie zdefiniowały.

Macie w sobie coś z Zappy albo Velvet Underground, których, jak słyszałem, bardzo cenicie?

- To nie są nasze jedyne inspiracje, ale przykład tych dwóch artystów jest znamienny. Zappę cenimy za bezceremonialność w łamaniu wszelkich kanonów, a Velvet Underground za bezpretensjonalną prostotę. Połączenie tych dwóch skrajnych biegunów wydaje się niewyobrażalne, ale my uważamy, że nie ma rzeczy niemożliwych. Kombinujemy, szukamy, bawimy się, wierząc, że odkryjemy dla siebie zupełnie nową przestrzeń. Taką, której jeszcze nie było.

Paryż, o którym mowa w jednym z utworów, jest dla was wyjątkową przestrzenią? Miejscem, z którego płyną inspiracje dla Bokki?

- Paryż to symbol. Miejsce, które dla nas pozostaje wciąż nieznane, a które owiane jest aurą niezwykłości. Takiego właśnie miejsca szukamy dla siebie.

Czy w waszej synthpopowej symfonii są takie momenty, które wypychają was do innego muzycznego wymiaru? Może o tym świadczyć solówka basowa w "Strange Spaces"?

- Czujemy, że najodważniejsze rozwiązania są przed nami. "Strange Spaces" to dopiero zaczątek poważniejszych eksperymentów, które chcemy przeprowadzić. Czujemy ekscytację na myśl o tym, co się stanie w przyszłości.

Macie pomysł, skąd wziął się boom na muzykę elektroniczną pod naszą szerokością geograficzną? Xxanaxx czy Tomek Makowiecki są teraz na fali.

- Tworzenie muzyki elektronicznej bardzo ułatwia nagrywanie płyty. Nie trzeba wynajmować drogiego studia, realizatora, rozstawiać bębnów itd. Wszystko można zrobić samemu na laptopie, mając pod ręką tysiące pluginów generujących prawie wszystkie dźwięki świata. Ludzi z pomysłami nie brakuje, teraz mają okazję je realizować, nie czekając na zainteresowanie wytwórni, kontrakt i środki na nagranie materiału. Kończą się czasy brzydkich demówek z potencjałem. Teraz wytwórnie najczęściej dostają gotowy materiał, który ewentualnie wymaga doszlifowania. To chyba naturalna kolej rzeczy.

Jak radzicie sobie z ukrywaniem tożsamości na koncertach?

- Świetnie. Ludzie przyzwyczaili się do naszej formuły, uszanowali koncepcję i już nie mają potrzeby dociekać, kto się kryje pod maskami. To nas bardzo cieszy.

Patent Daft Pank z zakładaniem kasków wydaje wam się oryginalny?

- Usłyszeliśmy ostatnio takie zdanie: "Teraz bez masek nie ma po co wychodzić na scenę". Rozśmieszyło nas to, bo najwyraźniej niechcący wstrzeliliśmy się w jakąś nową koncertową modę. Kaski może nie są oryginalne, ale pasują do twórczości Daft Punk. Najważniejsza w tworzeniu jest wizja i spójność. Strona wizualna może osłabić lub wzmocnić siłę muzyki. Tak jak dobry teledysk, który pomoże piosence, a zły sprawi, że przestanie nam się ona podobać.

Nie macie obawy o to, że jak wszyscy poznają się na waszej muzyce, zostaniecie w końcu zdekonspirowani? I co wtedy?

- Wtedy zobaczymy, co dalej. Na razie maski to część naszego artystycznego wyrazu. Istotą jest muzyka - w tej kwestii nic się u nas nie zmieniło.