Wystarczy jednak spojrzeć na głównego bohatera, żeby zrozumieć, że nie będzie to typowe kino zemsty. Gdy go poznajemy, ukrywający się pod gąszczem włosów i brody Dwight (w tej roli dziwnie magnetyzujący Macon Blair) prowadzi samotniczy żywot na marginesie społeczeństwa: śpi w przerdzewiałym samochodzie na wydmach, je resztki ze śmietnika, a żeby wziąć kąpiel, włamuje się do domów pod nieobecność właścicieli. Czujemy, że nie zawsze był samotnikiem, że coś musiało się wydarzyć. I rzeczywiście, niespodziewana wiadomość wyrwie Dwighta z letargu, budząc demony przeszłości, choć z jego twarzy nie zniknie przejmujący smutek. Wiedziony żądzą zemsty na zabójcy swoich rodziców, którą pielęgnował w sobie przez lata, wpakuje się w krwawe porachunki.

Jeremiemu Saulnierowi udało się w "Blue Ruin" przełamać gatunkowe schematy. Poczciwina Dwight jest mścicielem z przypadku, który niczego nie planuje, daje się ślepo prowadzić instynktowi, często nawet wbrew sobie. W jego zachowaniu zabawna wręcz nieporadność i całkowita nieumiejętność przewidywania konsekwencji własnych działań mieszają się ze szczęściem debiutanta, wywołując u widza na przemian śmiech, niechęć i odrobinę współczucia, a może litości. Lecz reżyser jest dużo sprawniejszy w tym co robi niż jego bohater: choć nie odrzuca czarnego humoru, ani na chwilę nie zbacza z gatunkowej ścieżki thrillera przesyconego przemocą. Nie podkręca również przesadnie tempa, wręcz przeciwnie - dlatego niespieszny rytm kontrastuje z wybuchami brutalności. Saulnier sięga po motywy z kina drogi, buduje napięcie oraz gęstą atmosferę mimo zaskakującego wyciszenia, wykorzystuje z umiarem estetykę noir. A zaszyta na odludziu patologiczna rodzinka, z którą przyjdzie się zmierzyć Dwightowi w finale, sprawa wrażenie żywcem wyjętej z amerykańskich horrorów.

"Blue Ruin" powstawało z myślą o premierze na Sundance (kampania crowdfundingowa pomogła w ukończeniu filmu tuż przed upływem terminu przyjmowania zgłoszeń), gdzie ostatecznie się nie zakwalifikował. Te korzenie łatwo wyczuć. Reżyser daje się chwilami niepotrzebnie ponieść wiatrowi niezależności - przesadnie kontempluje stylowe kadry, zatrzymuje obiektyw kamery na szczegółach, ogranicza dialogi do minimum itd. Z drugiej strony, może całość wypada w ten sposób mniej dosłownie? Staje się studium psychologicznych konsekwencji nienawiści, traumy zamieniającej człowieka we wrak, a nie tylko mroczną opowiastką napędzaną przez fatum ciążące nad bohaterem. Czyżby zemsta jawiła się tu jako siła równie destrukcyjna, co oczyszczająca?

Warto obejrzeć "Blue Ruin", zrealizowany za niewiele ponad 400 tys. dolarów przez dwóch szkolnych kolegów z małego miasta w Wirginii, by samemu odpowiedzieć sobie na to i parę innych pytań.