Z Wojciechem Kościelniakiem rozmawia Piotr Guszkowski

Otrzymał pan niedawno nagrodę specjalną miesięcznika "Teatr" w uznaniu dla stworzenia w Polsce nowej formuły musicalu. Czuje się pan rewolucjonistą?

- Rzeczywiście, marzyło mi się stworzenie nowej formuły teatru muzycznego, zapełnienie luki pomiędzy klasyczną operą czy operetką a musicalem broadwayowskim. Broadway to była szeroka ulica, gdzie zjeżdżali handlarze z całych Stanów i jak sprzedali, co mieli sprzedać, chcieli się zabawić. Teatry powstawały tam z powodów czysto komercyjnych. Nie liczył się przekaz, chodziło o dobrą rozrywkę przy kielichu. Postawiłem więc sobie za cel, aby przestać się zachłystywać, tylko wziąć zza oceanu co najlepsze i spróbować odnaleźć to w naszej plastyce oraz muzyczności, która jest przecież inna niż amerykańska. Pomyślałem, że warto sięgnąć również do bogatych tradycji teatru dramatycznego i wykorzystać jego środki wyrazu. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Zresztą ta droga wydaje się dla nas interesująca także ze względów finansowych. Musical amerykański to nieprawdopodobne koszty, a niewiele teatrów w Polsce może sobie na takie wydatki pozwolić.

Muzyczności szuka pan z powodzeniem w klasyce literatury. Jakie właściwości musi mieć książka, żeby powstał na jej podstawie musical?

- Przede wszystkim trzeba się zastanowić, czy znajdziemy w książce treści dotyczące rzeczywistości otaczającej nas tu i teraz, na wielu płaszczyznach. A jeśli tak, to czy jej konstrukcja pozwala stworzyć teatr muzyczny. To znaczy, czy fabuła jest wyrazista, bohaterowie ciekawi, a narracja możliwa do udźwignięcia. Wreszcie - czy tekst posiada swoją muzykę. "Chłopi" mieli muzykę ludową. Z "Lalką" poradziliśmy sobie, szukając innego klucza. Wykorzystaliśmy motyw melodii pozytywki płynącej z wnętrza lalki-zabawki, metafory, wokół której powstał cały spektakl.

A "Kariera Nikodema Dyzmy"?

- Chcemy oddać mozaikowy charakter Warszawy tamtych czasów opisanej w powieści: inną muzykę można było usłyszeć w cyrku, inną w Adrii, a jeszcze inną na ulicy - jak dźwięki mandoliny czy fisharmonii. Odpowiednio potraktowane te polskie melodie mogą być naprawdę urokliwe.

Choć grał go także Adolf Dymsza, w świadomości Polaków Dyzma pozostaje jeden - nie boicie się mierzyć z legendą Romana Wilhelmiego?

- Podobne pytania padały, gdy pracowałem nad "Lalką". Traktowałem i teraz też traktuję to wyzwanie nie jako zagrożenie, lecz szansę dla nas. Spektakl rządzi się swoimi prawami. Na scenie mamy wypracowane inne relacje i konstrukcję psychiczną postaci niż w kinie czy telewizji, które działają zbliżeniem. Zresztą myślę, że Przemek Bluszcz jest tak charyzmatyczny i świetnie pasuje fizycznie do tej roli, że znakomicie z nią sobie poradzi.

Ta postać chyba jak żadna inna oddaje kwintesencję polskości.

- Witold Gombrowicz rozpisywał się swego czasu, że my Polacy mamy problem z bohaterami eksportowymi. Mimo pewnych polskich charakterystyczności, większość rodzimych postaci opiera się bowiem na cechach zapożyczonych. Amerykanin to przebojowy bohater żujący gumę, z papierosem i ręką w kieszeni, Francuz jest typem eleganta, a Anglik - sztywniakiem. Ten stereotyp jest potrzebny, żeby budować na nim tożsamość internacjonalną, żebyśmy się dobrze czuli w Europie. Polak kojarzył się dotąd ze złodziejem, kanciarzem albo prostakiem, na szczęście ten wizerunek się zmienia. Wydaje mi się, że - na co Gombrowicz zwrócił uwagę - zamiast ten wizerunek na siłę wybielać, powinniśmy spróbować z tego, jacy jesteśmy, z tych naszych przywar i podłości zrobić walor. Sprzedać to jako cechy może niezbyt dobre, ale ciekawe. Tacy bohaterowie jak Antek i Jagna w "Chłopach", Borowiecki w "Ziemi obiecanej" i właśnie Dyzma posiadają szeroki wachlarz wad. Natomiast wyróżniają się jako postaci nieprzeciętne, potrafiące zawojować świat, zrobić karierę - czyli bardzo współczesne. W tym kierunku poszedł świat. Nie ma ludzi tylko dobrych.

Poza tym ludzie dobrzy są nudni. A Dyzma to człowiek z krwi i kości - takich jak on odnajdziemy w historii wielu, nawet dziś.

- To się nie bierze znikąd. Pisząc w 1932 r. "Karierę.", Tadeusz Dołęga-Mostowicz przewidział niejako wejście na salony komunistów. Dyzma stał się znakiem tego, co wiązało się z ich brutalnością i prymitywizmem. Tego PRL-u, który musieliśmy niestety przeżyć. A znowu zachłystująca się Dyzmą arystokracja to symbol naszego społeczeństwa. My jesteśmy dzisiaj wytworem mariażu tamtych dwóch światów. Nie dziwmy się więc, że Dyzma jest w każdym z nas. We mnie też. Jeśli spojrzymy na to z dystansem, będziemy umieli się z siebie śmiać, łatwiej nam będzie złe cechy przezwyciężać.

Tylko że naszą największą wadą jest często właśnie brak tego dystansu.

- Pogódźmy się z tym, że mamy w sobie trochę prostaka - to żaden dyshonor, po prostu leczmy go.

Zaczynał pan w Teatrze Dramatycznym, potem zamienił aktorstwo na reżyserię spektakli muzycznych. Czy musical wymaga od aktora nieco innej wrażliwości?

- Zostałem wychowany przez piosenkę aktorską - przez te drzwi wchodziłem. Nigdy jako aktor nie występowałem w prawdziwym musicalu, gdzie chociażby sposób śpiewu jest bardzo amerykański, inne jest frazowanie i podejście do muzyki. W nas mocno zakorzeniona jest tradycja śpiewogry. Często dla przekazu zbyt piękne wyśpiewywanie nie jest wcale dobre.

Czyli nie szuka pan wokalistów?

- Szukam ludzi, którzy słyszą, rozumieją rytm i będą w stanie podążać za piosenką.

Coraz częściej pracuje pan w Warszawie. Stołeczna publiczność miała zobaczyć również pana "Chłopów" z Gdyni, lecz ostatecznie nic z tego nie wyszło. Podobno nie było gdzie ich wystawić?

- Zaproszenie z Warszawskich Spotkań Teatralnych to dla mnie wyróżnienie. Jednak przyjechać tutaj tylko, by spełnić własne marzenia, wydawało mi się powodem niewystarczającym, nie mówiąc już, że bez szacunku dla publiczności. Sceny, na których moglibyśmy wystawić "Chłopów" w oryginalnej formie, były zajęte. Gdybyśmy zrobili to gdzie indziej, spektakl nie byłby już tym, za co pokochali go trójmiejscy widzowie. A trzeba pamiętać, że "Chłopi" otworzyli Teatr Muzyczny po remoncie, już z większa widownią. Dostałem od dyrektora zielone światło na imponującą realizację. Przywożenie kulawego erzacu nie wchodziło w grę.

A nie myślał pan o tym, żeby zrobić coś w kinie? Filmowy musical praktycznie u nas nie istnieje.

- Bardzo chętnie. Musiałby się jednak pojawić producent, który wyłożyłby pieniądze na realizację. Jeśli zobaczy we mnie odpowiednią osobę na stanowisko reżysera, da mi w miarę wolną rękę, a przy okazji zapewni opiekę kogoś doświadczonego, bo na co dzień posługuję się w teatrze zupełnie innym językiem niż filmowy - to czemu nie. Warto byłoby wykorzystać tę szansę, żeby stworzyć iście polski musical. Przecież francuskie "Parasolki z Cherbourga" do dziś się bronią, bo zostały opowiedziane wyrazistym językiem, bo były oryginalne - Michel Legrand sprzeciwił się amerykańskiej hegemonii i napisał do nich własną muzykę.

Wojciech Kościelniak. Jeden z najoryginalniejszych twórców teatru muzycznego w Polsce, który porywa się na nieoczywiste inscenizacje. Zrealizował m.in. przebojowe "Hair", trans-operę "Sen nocy letniej" według Szekspira, lecz także musical bez słów "Scat, czyli od pucybuta do milionera" z muzyką Leszka Możdżera. Chętnie bierze na warsztat klasykę literatury (oprócz "Chłopów" i "Lalki" chociażby "Idiotę"), a w najbliższych planach ma zrobienie musicalu na podstawie "Złego" Leopolda Tyrmanda. Na stołecznych scenach można oglądać dwa spektakle Kościelniaka: "Hallo Szpicbródka" w Syrenie i "Niech no tylko zakwitną jabłonie" w Ateneum. Wcześniej zrealizował także "Operetkę" w Teatrze Dramatycznym, która zeszła już z afisza.