(..) Wyobraziłem sobie gromadę małych dzieci, które bawią się w jakąś grę na ogromnym polu żyta.(.) A ja stoję na krawędzi jakiegoś straszliwego urwiska. Mam swoje zadanie: muszę schwytać każdego, kto się znajdzie w niebezpieczeństwie, tuż nad przepaścią. (.) Jestem właśnie strażnikiem w zbożu. Wiem, że to wariacki pomysł, ale tylko tym naprawdę chciałbym być". Holdena Caufielda, bohatera książki J.D. Salingera, pokochało kilka pokoleń takich "dzieciaków". Utożsamiali się z jego niepokojami, wrażliwością i niezgodą na pełen hipokryzji świat dorosłych. Był jednym z nich.

A kim był J.D. Salinger, który go stworzył? Pół-Żydem o polskich korzeniach, synem przedsiębiorcy z branży mięsnej, który chciał, by potomek poszedł w jego ślady. W tym celu wysłał go do Europy, m.in. do Bydgoszczy, gdzie "mordował świnie i pchał lory przez śnieg w towarzystwie grubego majstra, który nieustannie zabawiał go strzelaniem ze swej śrutówki do wróbli, do żarówek i do kolegów z pracy". Zakochanym w Oonie O'Neill, córce sławnego dramaturga, początkującym pisarzem, którego ta porzuciła dla Charliego Chaplina, kiedy akurat zaczynał swoją wojenną gehennę na froncie II wojny światowej. Żołnierzem alianckich oddziałów podczas krwawej kampanii w Normandii, który przeżył walki w lesie Hurtgen i jako jeden z pierwszych widział nazistowskie obozy zagłady. Brał udział w wyzwoleniu obozu w Dachau a to, co zobaczył, nie tylko doprowadziło go do załamania nerwowego i pobytu w szpitalu psychiatrycznym, ale naznaczyło całe jego życie i twórczość. "Nie można się tak do końca pozbyć z nozdrzy odoru palącego się ciała, niezależnie od tego, jak długo się żyje" - mówił później. Już wtedy miał za sobą kilka rozdziałów "Buszującego w zbożu". Ta powieść była dla niego jak talizman. Pozwoliła mu przetrwać piekło. Opublikowana dopiero 1951 r., takim talizmanem stała się dla milionów nastolatków na całym świecie. "Buszujący w zbożu", którego rocznie sprzedaje się około pół miliona egzemplarzy, to jego jedyna powieść. Później wydał jeszcze kilka opowiadań i zamilkł na pół wieku, barykadując się przed dziennikarzami i namolnymi fanami na farmie w Cornish w New Hampshire. Podobno przez te wszystkie lata nie przestawał pisać, niczego już jednak za swojego życia nie opublikował. Zmarły w 2010 r. pisarz jest jednym z najbardziej tajemniczych postaci współczesnej literatury.

Jego zagadkę stara się rozwikłać dwoje autorów - David Shield i Shane Salerno - autor scenariuszy filmowych, m.in. "Avatara". W biografii ich autorstwa, wydanej w zeszłym roku w Stanach Zjednoczonych, a która na jesieni ukazała się w Polsce, nawiązania do filmowej narracji są silne (Shane Salerno jest także reżyserem filmu dokumentalnego o Salingerze) - jest to ciąg przeplatających się wypowiedzi ok. 200 osób związanych z pisarzem, jego przyjaciół, byłych kochanek, żon, wydawców, redaktorów, dzieci, sąsiadów, towarzyszy broni, tych, którzy znali go kilkadziesiąt lat i tych, którzy zetknęli się z nim przez chwilę lub nawet nigdy go nie poznali. Książkę uzupełniają w dużej mierze dotąd niepublikowane dokumenty, listy, raporty wojskowe, fragmenty wspomnień, pamiętników, a także fotografie. Autorzy wśród osób, które opowiadają o Salingerze, umieszczają także siebie, co jest ciekawym zabiegiem, choć nie do końca spełniającym efekt zamierzonej obiektywizacji. Książka mimo wszystko ma wydźwięk rozliczający i demistyfikujący postać kultowego pisarza. Wcale nie był pustelnikiem, wręcz przeciwnie: dużo podróżował, wdawał się w romanse, pielęgnował stare przyjaźnie i robił rzeczy, które krytykował w swojej prozie. Autorzy docierają także do źródeł, według których tajemnicze utwory, nad którymi pisarz pracował przez ostatnie dziesięciolecia, zgodnie z jego testamentem ujrzą wkrótce światło dzienne. Na pierwszą publikację możemy liczyć ponoć już w przyszłym roku.