Jest rok 1981. Kilku młodych amatorów muzycznych wydaje za granicą debiutancki album, kiedy w Polsce mało kto dostaje paszport, a produkcja winyli ciągnie się latami. Władza ludowa wprowadza stan wojenny, a więc aresztuje siewców defetyzmu, którzy powątpiewają w propagandę sukcesu. Puste półki w sklepach są zdaniem partii rządzącej niedostatecznym powodem do społecznego narzekania, a nadużywanie słów takich jak "strajk" albo "kryzys" uważa się za sabotowanie władzy. Robert Brylewski u schyłku lat 70. zakłada jedną z pierwszych w Polsce punkową kapelę i nazywa ją Kryzys (nie mylić z kolejnym projektem Brylewskiego Brygadą Kryzys). Jego zdaniem władza powoli traci impet, połyka ogon własnej rewolucji i to doskonały moment, aby wystartować z taką muzyką i pod takim hasłem.

Punk zrodzony z inteligencji

- Żaden z nas nie był oryginalnym punkiem - zastrzega w rozmowie z "Metrem" Robert. - Pochodziliśmy z inteligenckich rodzin, co najmniej z klasy średniej. Już prędzej nasi koledzy-załoganci pod sceną mieli - mówiąc najogólniej - robotnicze korzenie.

Kapela wystartowała w usytuowanym na obrzeżach Warszawy domu kultury w Aninie. Tam odbywała pierwsze próby, dawała dziewicze koncerty dla garstki fanów. - Matka naszego gitarzysty Piotra "Mrówy" Mrowińskiego była szefową matecznika Kryzysu. Mieliśmy do dyspozycji namiastkę sprzętu grającego. To były niewinne działania artystyczne przed zaprzyjaźnioną publicznością. Nie wiem, czy mieściło się do środka 100 osób - wspomina Robert.

Warszawa wiosną 1979 roku, kiedy narodził się Kryzys, w niczym nie przypominała dzisiejszej kolebki klubów, dyskotek i sal koncertowych. Zespół Roberta tułał się po domach kultury, głównie stołecznych, choć dał i kilka dużych plenerów na wyjeździe, m.in. w Lubaniu, Kołobrzegu, Sopocie i Opolu. Zdarzyło im się też wystąpić w Robotniczym Studium Sztuki Estradowej "Ursus" tego samego dnia co rozpoczynający karierę Perfect.

Materiał z koncertu w Ursusie i z próby w klubie Politechniki Warszawskiej trafił na wydaną we Francji przez wytwórnię Blitzkrieg Records płytę "Kryzys". Jakość tych nagrań pozostawiała wiele do życzenia. - Nagrywaliśmy techniką dźwiękonaśladowczą, ze słuchu. To była jedna wielka amatorka. Na perkusji student polonistyki, na basie chłopak, któremu rodzice nie pozwalali przyjeżdżać na próby i koncerty. Nikt nie znał nut. W dodatku nie mieliśmy dobrego sprzętu, ale też żadnych skrupułów - śmieje się Brylewski.

Undergroundowy przemyt

Materiał do Francji wywiózł wydawca płytowy Marc Boulet. Brylewski i spółka nie protestowali, ale nie wyrazili zgody na wyprodukowanie ich debiutanckiego albumu. To nastąpiło bez wiedzy zespołu. - Po latach nie mam żalu, ale wtedy zrobiło się o nas głośno. Dziennikarze byli w szoku, że tacy amatorzy jak my, w odciętej od reszty świata socjalistycznej Polsce, wydali płytę na Zachodzie. Na co odezwał się wokalista Mirek Szatkowski: "Panowie, i po co wam ten kompleks dolara" - wspomina z rozbawieniem Robert.

Na wydawnictwie sygnowanym jako "Kryzys 78-81" dostajemy dwie płyty. Oprócz "francuskiego" longplaya możemy odsłuchać nagrań zarejestrowanych w studenckim radiu w Toruniu wiosną 1981 roku oraz wcześniej niepublikowanych piosenek będących zapisem koncertu z Rock Opola kilka miesięcy później. Kompozycje się powtarzają, ale aranżacje są zróżnicowane, bo Kryzys poza punkiem testował reggae, ska i nawet new romantic. - Nasz perkusista Maciej "Magura" Góralski często wyjeżdżał do Londynu i przywoził stamtąd świetne płyty zagranicznych wykonawców. Aż pewnego razu wpadł na pomysł, żebyśmy grali jak Spandau Ballet [synthpopowa grupa brytyjska, która wylansowała znany przebój "Gold" -red]. Nie chciałem, żebyśmy śpiewali drętwą muzykę jak ci faceci w pelerynkach z brylantyną we włosach. To był koniec naszego zespołu - wyjaśnia Robert.

Kultowe piosenki

W spadku po Kryzysie zostało wiele ważnych piosenek. Przede wszystkim "Telewizja", która ironicznie domagała się nowego idola małego ekranu zamiast dziennikarzy i spikerów w wojskowych mundurach, którzy notorycznie okupowali czas antenowy. Albo "Ambicja" z orzeźwiającym stan ducha zawołaniem "Ambicja to twoja szalona religia". Na koncertach Kryzys wykonywał też cover Boba Marleya "Get Up! Stand Up!", podczas którego muzycy wplatali prowokacyjnie kilka akordów "Marszu Generalskiego", sugerując, przeciwko komu należy ideowo maszerować.

Legenda Kryzysu została odnowiona na podwójnej kompaktowej reedycji. Pytam Roberta, czy jego osobista legenda nie ucierpiała po tym, jak napisał na Facebooku, że nie ma co jeść. - Od czasu do czasu każdy ma prawo strzelić focha albo być w gorszym humorze. I wylać z siebie to, co myśli. W środowisku nasze zarobki to temat tabu. Udajemy, że jest fajnie, a to tylko dobra mina do złej gry. Nie chciałem bardziej namącić. Namieszałem umiarkowanie - wyjaśnia na koniec Robert.