Naprawdę trudno nie brać tych gróźb artystycznych na poważnie. Trzy lata temu Iggy Pop raz jeszcze postanowił nagrać muzykę ze swoim dawnym zespołem The Stooges, a dziesięć piosenek opatrzył wspólnym tytułem "Ready To Die". Bardziej wymownie na temat swoich planów na przyszłość wyrazić się nie sposób. Punkowym utworom wtórowała oprawa ilustracyjna płyty na zdjęciu z Popem oplecionym pasem z lasek dynamitu, który pozuje do obiektywu aparatu jak do celownika karabinu. A żeby nikt nie pozostał obojętny na piosenkę, za pomocą której autor wyraża gotowość rozstania się ze światem, do "Ready To Die" nakręcono teledysk z wesoło umierającym Chrystusem na krzyżu. Iggy Pop jak zwykle "poszedł po bandzie", ale artystycznie nie skonał. Inaczej: reaktywował się, aby ponownie obwieścić, że to już koniec. I nagrał płytę "Post Pop Depression".

Depresja to być może słowo klucz to zrozumienia pokrętnej natury Popa. Już na poprzedniej płycie przynudzał, że jest w dołku i czuje się obco w swojej skórze. Teraz znów używa tej poetyki. Z tą różnicą, że nie zamierza odchodzić w samotności. W kondukcie żałobnym staną współcześni idole światowego rocka - Pop zaprosił do współpracy Josha Homme'a i Deana Fertitę z Queens Of The Stone Age oraz Matta Heldersa z Arctic Monkeys. W tak doborowym towarzystwie nie żal umierać.

Współpracę z młokosami zainicjował weteran. Pop wysłał SMS-a do Homme'a z zapytaniem: "Zrobimy coś razem?", po czym wysłał mu pakiet swoich wierszy i notatek do namysłu, jak to muzycznie ugryźć. Pisząc piosenki na "Post Pop Depression" 69-letni wokalista próbował wcielić się w żołnierza weterana, który odsłużył swoje, nie ma już o co walczyć i przechodzi na emeryturę zapomniany przez tych, o których honor walczył na froncie. Przypomina to trochę historię powrotu z Wietnamu filmowego herosa Johna Rambo. Wietnamem dla Popa był przełom lat 60. i 70., kiedy z zespołem The Stooges wydeptywał ścieżkę dla punk rocka na amerykańskiej scenie.

Jednak podstarzały wokalista nie chcę wracać do prapoczątków. Marzy mu się, aby "Post Pop Depression" było nawiązaniem do współpracy Popa z niedawno zmarłym Davidem Bowiem. Współpraca obu panów rozkwitła na dobre w 1977 roku, kiedy Iggy postanowił kontynuować karierę wyłącznie pod własnym nazwiskiem. Bowie został producentem jego albumów i to on pokierował ortodoksyjnego punkowca w rejony bardziej popowe. Efektem tego sojuszu był album "Lust For Life", z którego pochodzi największy przebój Popa - "The Passenger".

Bowie i Pop stanowili coś więcej niż tylko parę kumpli z branży; zachowywali się jak bliźniacy - tak samo się czesali, czytali te same książki, wspólnie zwiedzali muzea i nawet przez pewien czas mieszkali pod jednym dachem.

Idealnie się dobrali - o Bowiem mówiono paranoik, a Pop uchodził za megalomana. Ale ci co stali z boku mówili, że Bowie odkorkował image Popa i pomógł mu stworzyć muzykę bardziej inteligentną, szeroko otwartą na świat. Relacja obu muzyków określana czasem jako "maniakalne współzawodnictwo" miała jednak silne zaplecze intelektualne. Przecież tytuł płyty "The Idiot" został wzięty z tytułu książki Dostojewskiego, a Pop z Bowiem chętnie rekomendowali swoim znajomym "Idiotę" do przeczytania.

Teraz Pop ma nowych kompanów i chyba nie wybrał źle.

Internauci, którzy posłuchali już nowych piosenek (oficjalna premiera w połowie marca, ale w sieci można posłuchać już kilku utworów), twierdzą, że czegokolwiek dotknie się frontman QOTSA Josh Homme, zamienia to w złoto.