Wspomnienia Łosowskiego sięgają wczesnego dzieciństwa. Muzyk przypomina sobie, z jakim trudem kolekcjonował instrumenty klawiszowe kiepskiej marki i zapożyczał się u ojca na coraz lepszy sprzęt.

Opowiada, że zanim powstały przeboje „Słodkiego, miłego życia”, „Przytul mnie”, „Kochać cię – za późno” czy „Za ciosem cios” grał zupełnie inną muzykę, raczej z pogranicza awangardy i jazzu niż popu i rocka.

I że zanim Kombi stało się sławne na całą Polskę, zespół zarabiał grosze, odbywał próby na ciasnej werandzie, a w trasy jeździł samochodem, który częściej się psuł niż turlał po drodze. Mało kto wie, że przez pewien czas okazjonalnie z grupą śpiewała wokalistka – prywatnie żona lidera.
Właśnie poważna choroba żony (zdiagnozowane stwardnienie rozsiane) miała duży wpływ na wycofywanie się z rynku Łosowskiego i de facto koniec Kombi w pierwszej połowie lat 90.

Kiedy jego dotychczasowi partnerzy osiągali dużą popularność z O.N.A., on opiekował się małżonką i nie miał czasu na muzykę.

A kiedy powołali do życia Kombi, nie mieli ochoty na wspólne granie z Łosowskim.

– Media wmawiały widzom, że Kombi to dalszy ciąg Kombi – żali się w wywiadzie lider oryginalnego składu i walczy o uznanie w oczach nowych fanów. Po śmierci żony znów wrócił do komponowania i nagrania płyt.
Książka „Kombi. Słodkiego miłego życia – prawdziwa historia” zawiera nie tylko same wspomnienia (warto przeczytać zwłaszcza niewiarygodne przygody Kombi podczas koncertów zagranicznych), ale też unikalne zdjęcia archiwalne, reprodukcje plakatów oraz ciekawe rysunki samego Łosowskiego, wraz z nagrodzoną jeszcze w dzieciństwie przez „Dziennik Bałtycki” pracą na temat: „Lecimy na księżyc”.

Łosowskiego przepytuje były menedżer Kombi Wojciech Korzeniewski, co skraca dystans między bohaterem a czytelnikiem, ale nie pozostawia żadnego marginesu na krytycyzm. A książki-laurki o idolach interesują przeważnie tylko fanów.