Wciąż pamiętam rozczarowanie, które zmroziło mnie po seansie "Deadpoola" - ekranizacji jednego z najoryginalniejszych komiksów Marvela. Nie zrozumcie mnie źle, to był sympatyczny film. Zauroczyły mnie autoironiczne napisy początkowe, doceniam dobrą (wreszcie!) rolę Ryana Reynoldsa, a gdy główny bohater zaprezentował się w masce Hugha Jackmana, myślałem, że umrę ze śmiechu. Rozczarowanie wynikało stąd, że niemal wszyscy wokół określili produkcję mianem wielkiego, wiekopomnego dzieła. Filmu, który wywraca do góry nogami wszystko, co do tej pory wiedzieliśmy o kinematografii. "Deadpoola" witano niczym filmowego mesjasza, który zmywa liczne grzechy komiksowych ekranizacji.

Z "Kamperem" miałem podobnie. Film co prawda nie pojawił się w kinach z jakimś olbrzymim przytupem, ale w przypadku rodzimych produkcji radar powinien być znacznie bardziej wyostrzony. Ten mój, szybko wykrył pochwalne peany, jakie popłynęły pod adresem pełnometrażowego debiutu Łukasza Grzegorzka. Wystarczy zacytować kilka z nich:

"Łukasz Grzegorzek zrobił bezpretensjonalny, stylowy, i co najważniejsze, bezkompromisowy film o niedojrzałym małżeństwie trzydziestolatków, którzy stają przed pytaniem czy warto iść dalej razem przez życie. (...) Wymarzony debiut " - Łukasz Adamski, wPolityce.pl

"Wybaczcie mi prywatę, ale chłopie (Łukaszu Grzegorzku - red.) - zrobiłeś dobry film. Miejcie oko na tego twórcę, bo to kolejne świeże spojrzenie w naszym kinie " - Krzysztof Połaski, Telemagazyn.pl

"Świetna komedia, która mogłaby podbić świat! " - Piotr Guszkowski, Co Jest Grane

"Nawet dla tych, którym cały ten szkic życia młodych ludzi wyda się nieco kliniczny, a scenografia zbyt wymuskana, film Grzegorzka może się okazać ciekawy i cenny jako celna przenośnia " - Bartek Chaciński, Polityka

Opinie robią wrażenie, prawda? Dodatkowo nastrój przełomowości dzieła podsycają sami twórcy, którzy na facebookowym profilu filmu publikują kolejne rozentuzjazmowane recenzje, dochodzące z całego świata ("Kamper" był prezentowany m.in. podczas prestiżowego festiwalu w Karlowych Warach).

I co? I znów wyjście do kina z podkręconymi nadziejami. Z radością, że po raz kolejny będzie dane mi obejrzeć polski film bez poczucia zażenowania. Tymczasem seans się skończył i... nic. Pewna pustka. "Kamper" nie jest zły, nie obrażę się przez niego na rodzime kino, ale mam poczucie, że nie opowiedział mi o niczym ważnym, wszystko, co zobaczyłem na ekranie, niewiele wniesie do mojego życia. Zręczne dzieło (ze świetną rolą Piotra Żurawskiego!), o którym zapewne za parę dni zapomnę. Takie emocje wywołuje "świetna komedia, która mogłaby podbić świat"? Jak mawiał klasyk - nie sądzę.

Film byłby dużo lepszy bez tego medialnego uniesienia. Nie nastawiając się na nic, zapewne wyszedłbym z kina bez poczucia rozczarowania. Jasne, można nie czytać tych wszystkich egzaltowanych opinii. Odsiewać je, jak powinni robić widzowie świadomych swoich potrzeb. Ale w momencie, kiedy zachęty atakują ze wszystkich stron - w końcu o "Kamperze" sympatycznie napisał i prawicowy portal "wPolityce" i lewicująca "Polityka" - trudno wyzbyć się pewnych oczekiwań.

"Zdelegalizować krytyków filmowych" to tytuł oczywiście ironiczny, nie szukam wrogów. Ale moglibyście, koledzy, brać pod uwagę, że choć wasza instytucja ponoć się kończy, wciąż trzymacie umysły milionów widzów. Nie psujcie im radości z seansu.

"Kamper" - zwiastun