Z fotografem Marcinem Wziontkiem rozmawia Aleksandra Supryn.

Twoje ostatnie zdjęcie – przedstawiające poważną i pełną emocji twarz powstańca Juliana Kulskiego na tle tłumów odpalających race podczas obchodów 72. rocznicy powstania warszawskiego – zachwyciło i obiegło wszystkie media. Jak je zrobiłeś?

Marcin Wziontek: To trochę zabawna historia, bo miało mnie tam nie być. Wydawca powiedział, że mogę pójść na rondo Daszyńskiego, ale popsuł mi się aparat i chciałem dać sobie z tym spokój. Miałem usiąść w kawiarni, ale po drodze spotkałem kolegę idącego na Godzinę W. Stwierdziłem – no dobra, to i ja pójdę.
Miałem popsuty autofocus i zoom w aparacie, więc musiałem mieć „zoom w nogach”. Dużo było kombinowania, żeby zdjęcia wyszły przyzwoicie. Gdy robiłem zdjęcie panu Kulskiemu, za jego plecami odpalili race. Wtedy myślałem, że nic z tego nie będzie, potem okazało się, że dzięki temu fotografia nabrała charakteru.

Gdy zobaczyłeś zdjęcie, od razu wiedziałeś, że zrobi furorę?

– Zupełnie nie. Wróciłem do domu, przejrzałem zdjęcia i wydawało mi się, że nie ma tam nic superdobrego. Stwierdziłem, że mimo to trochę je podretuszuję i wrzucę na Instagram. A potem zadzwoniła do mnie Wyborcza.pl z pytaniem, czy sprzedam im zdjęcie z Julianem Kulskim, i wszystko się zaczęło.

Wiele osób komentuje, że jednym kadrem udało ci się opowiedzieć wielką historię. Jaka to według ciebie historia?

– To Kulski opowiada nam tę historię – to on „zrobił” to zdjęcie. To jest niezwykle fotogeniczna osoba. Na zdjęciu wygląda jak bohater. Wydaje mi się, że opowiada nam historię powstania warszawskiego – jest zamyślony, dumny, silny. Nie wiem, o czym mógł w tej chwili myśleć – może o tym, co było kiedyś, może o tym, co działo się wokół niego w tamtej chwili.

To nie pierwszy raz, kiedy twoje zdjęcie zwróciło uwagę. W 2013 r. sfotografowałeś mężczyznę z flagą Polski na tle płonącej tęczy na placu Zbawiciela w Warszawie. Stało się ikoną tamtego Marszu Niepodległości.

– To kolejne zdjęcie, które prawie nie powstało. Zobaczyłem tego chłopaka i od razu wiedziałem, że trzeba zrobić zdjęcie. Gdy już się ustawiłem – w kadr wszedł mi reporter. Na szczęście szybko udało mi się go przywołać do porządku (śmiech). Nie do końca rozumiem, dlaczego to zdjęcie zrobiło taką furorę. Gdybym miał szansę, coś bym w nim poprawił, dodał coś z lewej strony.

Patrzysz na nie jak profesjonalista. My, laicy nieznający zasad fotografii, widzimy w nim historię, emocje...

– Coś w tym jest. W swojej pracy zawsze staram się szukać emocji. Nieważne, czy to są zdjęcia w studiu, na ściance czy podczas wiecu politycznego – zawsze chciałabym stworzyć coś, co pokaże emocje albo je wzbudzi.

A jakie emocje wzbudza w tobie zdjęcie płonącej tęczy i mężczyzny z flagą? Ludzie różnie je interpretują – dla jednych to zdjęcie patriotyczne, dla drugich moment porażki polskiej tolerancji. Do której interpretacji ci bliżej?

– Dla mnie to po prostu zdjęcie. Nie chciałbym, żeby było utożsamiane z radykalnymi, skrajnie prawicowymi ideami, ale nie mam na to wpływu.

Zdjęcie wygrało nagrodę Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, którzy uznali je za „najlepszą fotografię patriotyczną roku”. Pojawiło się też na okładce tygodnika „Polska Niepodległa” z tytułem „Tego ognia już nic nie ugasi”. Biorąc pod uwagę to, co powiedziałeś przed chwilą, nie miałeś wewnętrznego konfliktu?

– Na początku trochę się wahałem. Nie wiedziałem, czy sprzedawać zdjęcie czy nie. Potem uznałem, że jestem po prostu fotografem – nie mam wpływu na to, jak ludzie interpretują moje zdjęcia. To, że było na okładce takiej a nie innej gazety, nie oznacza automatycznie, że podzielam przedstawiane w niej poglądy.

Na twoim profilu na Facebooku widać, że cały czas jesteś zajęty – sesje, gale, wiece... Przed publikacją „tęczy” i „powstańca” też byłeś tak rozchwytywany, czy dopiero one wprawiły machinę w ruch?

– Nie, wcześniej też miałem dużo zleceń. Jedyna wyraźna zmiana to liczba osób obserwujących mój profil na Instagramie – wzrosła dwukrotnie. Nigdy nie miałem tylu polubień pod zdjęciem – fotografia pana Kulskiego ma teraz ponad 1 700 lajków.

A odkładasz czasem aparat?

– Wydaje mi się, że ja cierpię na jakąś chorobę zawodową i najlepiej się czuję, gdy mam aparat w ręku. Wtedy mam pewność, że zawsze zdążę zrobić zdjęcie. Nie zliczę kadrów, które mi umknęły, bo miałem aparat w plecaku. Ale żeby zachować jakiś zdrowy rozsądek, staram zmusić się do co najmniej dwóch dni w miesiącu bez aparatu.

___

Marcin Wziontek od lat zajmuje się fotografią. Sam o sobie mówi „paparazzo z artystycznym spojrzeniem”. Studiował fotografię w Warszawskiej Szkole Filmowej. Obecnie pracuje jako fotoreporter dla dziennika „Super Express”.

Odwiedź Marcina Wziontka na Facebooku i Instagramie.