Główny bohater grany przez Macieja Stuhra to polonista z renomowanej warszawskiej szkoły, który podejmuje pracę na prowincji. Zjawia się w miasteczku w czasie, gdy lokalną społecznością wstrząsa śmierć młodej dziewczyny. Tytułowy belfer rozpoczyna własne śledztwo. Tę wciągającą intrygę kryminalną napisali Jakub Żulczyk z Moniką Powalisz, a za kamerą stanął Łukasz Palkowski, reżyser świetnie przyjętych i nagrodzonych Złotymi Lwami „Bogów”.

 

Piotr Guszkowski: Widziałem dwa odcinki „Belfra”. Rzadko mamy do czynienia z serialem kryminalnym, którego twórcy nie odsuwają kulminacji, a twisty serwują nie tylko na koniec odcinka.
Łukasz Palkowski: Dostałem do przeczytania sześć odcinków, żebym zdecydował, czy mnie to w ogóle interesuje. To był materiał na poziomie niespotykanym w Polsce. Bo nasze seriale opowiadane są w sposób infantylny: o ośmiolatkach dla ośmiolatków. Przynajmniej te, które znam. A w „Belfrze” mamy poważne podejście do widza, opowiadanie rzeczywistości blisko tego, jaka naprawdę jest, bez wybielania. Zwykle kreślę scenariusze, tu wyrzucaliśmy pierdółki. Po redukcji z trzynastu do dziesięciu odcinków wyleciało oczywiście 150 scen. Dzięki temu historia się skondensowała, intryga zagęściła. Dzieje się od cholery, wątki się zawiązują i rozwiązują w trakcie jednego odcinka. Jakość tego była taka, jak najlepszych produkcji zza oceanu. Dlatego nie miałem żadnych wątpliwości, czy to robić, czy nie.

Producenci zostawili ci sporo swobody. Byłeś tym zaskoczony?
„Belfer” jeszcze w wersji trzynastoodcinkowej miał powstać dla TVN. Jednak był zbyt odważny obyczajowo – i nie chodzi o same przekleństwa. Dlatego razem z TVN zrealizowaliśmy „Belfra” dla Canal+. I zrobiliśmy to po swojemu. Mogliśmy wymyślić z Marianem Prokopem język filmowy, od nas zależało, jak ten serial będzie wyglądał, jak go opowiemy. W niczym nam nie przeszkadzano, nikt nie sugerował, że wie lepiej. Pierwszy raz w życiu pracowałem w takich komfortowych warunkach.

Jak chcieliście opowiedzieć tę historię?
Bardzo blisko postaci, a zarazem w sposób przystępny dla widza, tak żeby mógł gładko w nią wejść. Zawsze staram się przedstawiać świat jak sam poznawałem go czytając scenariusz. Żeby powolutku, krok po kroku kolejne rzeczy stawały się oczywiste. Tak właśnie wprowadzaliśmy publiczność w świat kardiochirurgii w „Bogach”. Wciąż uważam za niezwykłe, że to się udało: bo słownictwo używane podczas operacji nie stanowi dla oglądających szczególnej zagadki, a jest to przecież język medyczny, w dodatku raczej potoczny.

Tu wchodzimy w społeczność małego miasteczka, stopniowo poznajemy zależności między mieszkańcami. Ograniczyliśmy mocno technikę zdjęciową, głównie do steadicamu.

W efekcie cały czas „wisimy” na plecach bohaterów osadzonych w tej rzeczywistości oraz głównego bohatera, który jest obcy – zupełnie jak my, poznajemy ten świat razem z nim. Lubię ten sposób narracji: widz wie tyle, co bohater. Jeśli więc bohater wpada w pułapkę, widz także.

Aktorzy również nie wiedzieli, dokąd zmierzają. Dlaczego?
Gdy dobrnąłem do finału scenariusza, rozwiązanie serialu było dla mnie na tyle zaskakujące i satysfakcjonujące – dosłownie opadła mi kopara, że wiedziałem, że popełnimy koszmarny błąd, jeśli ujawnimy zakończenie aktorom. Że wtedy lwia część widzów przy którymś z pierwszych odcinków wpadnie na to rozwiązanie. Tego chciałem uniknąć.

Sądziłeś, że będzie to można wywnioskować z gry aktorów?
Dokładnie tak. Zdarzyło się nawet, że młodzi aktorzy przyszli do nas i przekonywali: „Słuchajcie, przecież, jeśli nam powiecie, jak to się kończy, to inaczej to zagramy”. Właśnie dlatego się nie dowiedzieli! Cały dziesiąty odcinek trzymaliśmy w tajemnicy, znało go kilka osób na planie.
Doszło do tego, że aktorzy wspólnie analizowali kolejne odcinki, między zdjęciami prowadzili prywatne śledztwa i obstawiali, kto zabił. To wszystko w cudowny sposób przeszło na ekran, budując odpowiednią atmosferę.

Nie buntowali się?
Zbuntował się Maciek Stuhr. Sceny z ostatniego odcinka dawaliśmy obsadzie bez kontekstu. Maciek powiedział, że nie wie, co ma zagrać, że ja go na pewno oszukam, bo robię to od początku. Na tym polegał problem z reżyserowaniem „Belfra”: musiałem każdego oszukiwać. Było to spore wyzwanie. Normalnie wiesz, do czego zmierzacie z aktorem, więc szukacie odpowiednich środków. Tu potrzebowałem od każdego z aktorów konkretu i nie mogłem tego zażądać wprost. Gdybym to zrobił, mogliby się dowiedzieć, co będzie dalej.

Według Maćka Stuhra byliście wręcz za dobrze przygotowani. Ponoć miał stanąć w wyznaczonym miejscu i wyrecytować kwestie.
(śmiech) Faktycznie, miałem przemyślane, czego chcę od każdej sceny. Maciek poczuł, że brakuje mu przestrzeni, żeby dać z siebie coś więcej. Wyszedł z postulatem, żebyśmy trochę popróbowali. Okazało się, że myślał o scenach inaczej niż ja. Próbowaliśmy obie wersje przed ujęciem i wybieraliśmy to, co było lepsze, bardziej organiczne. Do serialu wchodziły też drobne pomysły – jak Maciek buduje wierzę z długopisów w pokoju nauczycielskim. Bardzo lubię improwizację. Kręcenie filmów polega na reagowaniu na siebie. Smaczki często wcale nie pochodzą ze scenariusza.

Wyobrażam sobie, że „Belfer” był wyzwaniem castingowym, szczególnie jeśli chodzi o nowe twarze i zapełnienie szkolnych ławek.
Za odnalezienie tych twarzy odpowiadała Magda Szwarcbart. Na podstawie czterystu sześćdziesięciu aktorskich wizytówek wybraliśmy duże grono do bezpośredniego spotkania. Oczywiście, jeśli w tym gronie nie znalazł się ktoś według Magdy wartościowy, to i tak podsyłała nam tę osobę, a my nawet nie orientowaliśmy się, że tak się stało. Miała nosa. Castingi szły zaskakująco sprawnie. Po trzech dniach mieliśmy po trzy rewelacyjne kandydatury na każdą postać i kształtowaliśmy to już wyłącznie plastycznie: jak ta klasa funkcjonuje organicznie jako całość, kto pasuje do obrazka, a kto nie. Obrodziło nam aktorami. Możemy się tylko cieszyć.

>> Premiera „Belfra” już 2 października o godz. 21.30 na antenie Canal+. Obejrzymy dwa odcinki. Z tej okazji na weekend kanał będzie odkodowany.