Konrad Wojciechowski: Jak to jest zostać aktorem, kiedy jest się muzykiem?

Czesław Mozil: – Spełniło się moje marzenie z dzieciństwa, kiedy pod kościołem św. Anny w Kopenhadze byłem gwiazdą jasełek i zabawiałem polonijną publiczność. Cieszę się, że mogłem zagrać samego siebie. Bo który muzyk dostał taką propozycję? Myślałem wprawdzie, że jestem lepszym aktorem, ale nie było tak źle. Naprawdę nie ma wiochy!

 

Czujesz się dowartościowany? Wcześniej zagrałeś jakieś epizody i dubbingowałeś bohaterów z kreskówek.

– Jestem wdzięczny, że reżyser Aleksander Dembski zgłosił się do mnie kilka lat temu, obdarzył zaufaniem i dał wolną rękę, dzięki czemu mogłem pokierować postacią po swojemu. Film to duża produkcja, na każdym kroku jest ryzyko, że coś się nie uda. Muzykowi jest łatwiej – wchodzi do studia, nagrywa piosenki i jest w stanie wszystko ogarnąć z pomocą kilku ludzi. A na planie filmowym można się zgubić w tłumie.

Ile jest prawdy, a ile w fikcji w twierdzeniu „uwodziciel Czesław M.”?

– Gram samego siebie, ale moja postać filmowa zachowuje się inaczej niż ja w rzeczywistości. Mam wrażenie, że niektórym się wydaje, że naprawdę taki jestem, jak w tym filmie – że cały czas chleję, baluję i flirtuję z kobietami. Ale to nie jest film o uwodzeniu. To raczej komedia melancholiczna. Mój bohater przeżywa kryzys artystyczny, więc śpiewa piosenki innych wykonawców. Różnica jest taka, że usiłuje uciec od show-biznesu, z którym ja mam niewiele wspólnego.

 

No jak to? Przecież nagrywasz płyty, dajesz koncerty, twoja twarz wisi na plakatach i wygląda znajomo. Nie czujesz się celebrytą?

– Zdaniem niektórych pewnie tak, ale w rzeczywistości jestem grajkiem, który biegnie z koncertu na koncert. Czy celebryta śpiewa poezję Miłosza? A ja tak. I to regularnie.

Śpiewasz za to w duecie z Arturem Andrusem utwór „Trzeba mieć specjalną skrzynię”, który również słychać w ścieżce dźwiękowej do filmu. Co to za pomysł, aby wykonać z kabareciarzem smętną piosenkę?

– Cieszę się, że udało mi się ją przeforsować. Tego jeszcze nie było, żeby smutna piosenka promowała polską komedię. Mam nadzieję, że to ryzyko się opłaci. W każdym razie ten kawałek idealnie oddaję filmową melancholię. A co do Artura Andrusa, śmiesznie razem wyglądamy, co widać na teledysku – on ogromny, a ja niski. Ale mam do niego wielki szacunek za profesjonalizm. Kiedy przymierzaliśmy się do kręcenia klipu, okazało się, że jedynym terminem, który pasował Arturowi, był koniec sierpnia i akurat wtorek, a ja tego dnia wieczorem grałem koncert aż w Szczecinie. Poprosiłem więc, czy moglibyśmy pojechać na plan zdjęciowy o piątej rano. I kiedy podjechałem pod dom Artura o tej wczesnej porze, lało jak z cebra, a on mimo tej ulewy już czekał pod parasolem.

Dlaczego to jedyny premierowy utwór na płycie z muzyką z tego filmu?

– Od początku postawiłem sprawę jasno: albo robimy tylko moje piosenki, albo same covery”. Postawiliśmy na covery. Nie wszystkie piosenki mi leżały, niektóre nie weszły na płytę ani do filmu. Ale te, które się tam znalazły, obroniły się. W „Motylem jestem” musiałem zmienić aranżację. Tak samo przy „Wszystko czego dziś chcę” – poprosiłem kolegę z Danii, żeby przerobił go na mocny, elektroniczny kawałek, a do wspólnego wykonania zaprosiłem Anię Rusowicz. Z kolei piosenka „Lubię mówić z tobą” świetnie wypadła w scenie, w której przyjeżdżają stoczniowcy szukać mnie wśród meneli. Muzyka naprawdę fajnie skleja się z filmem.

Wyobrażasz sobie, że „Szkoła uwodzenia Czesława M.” odnosi sukces, a ty dostajesz propozycje gry w kolejnych filmach? Bierzesz tę robotę?

– Znam swoje miejsce w szeregu i nie uważam się za aktora, ale jeśli dostanę jakąś ofertę, na pewno ją rozważę. Dziwi mnie fakt, że w polskich serialach nie ma wątku emigrantów, którzy wracają po latach do kraju. Taka rola byłaby dla mnie wymarzona. I nie musiałby to być wybitny film.

Ale nie rezygnujesz ze swoich muzycznych planów?

– Nie, absolutnie. Nagrałem już połowę drugiego tomu „Księgi Emigrantów”. Płytę kończymy na jesieni, więc wiosną powinna być gotowa. Już żyję pierwszym singlem – świąteczną piosenką o polskim miłosierdziu, która ukaże się w grudniu. A poza tym będę koncertował, bo w trasie odpoczywam i spędzam czas z przyjaciółmi. Te dwie godziny na scenie to najbezpieczniejszy czas – wszystko przed i po jest życiową udręką.

Jakiś czas temu wygrałeś proces w sądzie, po tym jak „Solidarność” pozwała cię o bezprawne wykorzystanie jej loga w teledysku do piosenki „Nienawidzę cię Polsko”. Czujesz satysfakcję?

– Bardzo przeżyłem ten proces. Ten znaczek wisiał u mnie w domu w Zabrzu, bo moi rodzice kochali Solidarność. Przewodniczący związku Piotr Duda przysłał mi pozew z sumą 450 tys. zł do zapłaty za to, że pokazując w teledysku mężczyznę w kamizelce z logo Solidarności, kreuję tym samym wizerunek Polaka prostaka. Tłumaczyłem w sądzie, że połowa mojej rodziny ze Śląska tak wygląda i nie rozumiem, co w tym złego. A sędzia do mnie: „Wie pan co? Sam pochodzę z górniczej rodziny i moi bliscy też tak wyglądają”. I to był szach-mat. Po wygranym procesie podszedłem do człowieka, który mnie oskarżał, podać mu rękę, ale on się odwrócił i poszedł. Dobrze wiem, że nie chodziło o logo Solidarności. Ktoś po prostu wyszedł z założenia, że ma prawo do bycia Polakiem bardziej niż ja.