Z Tymonem Tymańskim rozmawia Artur Tylmanowski

Podobno chcesz wyjechać z Polski.

- Może niekoniecznie wyjechać fizycznie. Myślałem raczej o tym, by naszą twórczość skierować na Zachód. Już wystarczająco czasu poświęciłem, żeby użyźnić ten trudny, kamienisty grunt. Nie narzekam tutaj na swoją publiczność, grupę wrażliwców i inteligentów, która kibicuje nam od lat. Stwierdzam raczej ogólny fakt braku osłuchania i wiedzy o światowej muzyce. Generalnie nie jestem ani sfrustrowany, ani niezadowolony ze swego statusu artystycznego - wręcz przeciwnie - choć zdaję sobie również sprawę z tego, że większość ludzi nie zna mojej twórczości. To też sytuacja całkiem polska. No cóż, lata izolacji zrobiły swoje.

Czy jakąś receptą na to jest musical "Polskie gówno", nad którym pracujesz?

- To nie jest sytuacja jakiegoś odwetu na polskim "szołbizie". Zapewne nie jest on gorszy czy bardziej nikczemny niż "szołbiz" niemiecki, mołdawski czy jakucki. To raczej próba zamiany na język filmowy mojego doświadczenia. To historia szatni męskiej, historia musu ciągłego przemieszczania się w niełatwych warunkach pogodowych, historia zamknięcia i bycia na siebie skazanym - w bezustannej oscylacji pomiędzy Gdańskiem a Andrychowem, Bolesławcem a Suwałkami. Inny z segmentów filmu opowiada o konkursie na przebój Euro 2012. W tej części trafiamy do telewizji Pol-Wsad i razem z innymi wykonawcami przeróżnej proweniencji rywalizujemy o ostateczny triumf - milion złotych nagrody i występ na ceremonii otwarcia mistrzostw Europy.

Kim są bohaterowie filmu?

- Głównymi jesteśmy my - Tranzystory. Nieudaczny zespół, który ma całkiem fajne piosenki i nie najgorzej prezentuje się na scenie, ale z jakiegoś powodu prześladuje go fatum. Tranzystory nie chcą być alternatywne - chcą być królami popu i w tym zawiera się ich tragedia. W tle mamy do czynienia z całą śmietanką polskiego "szołbizu", który symbolicznie sparafrazowałem w piosenkach zespołów Zombie, B.Sex, Filc czy Lachociąg Przyjaźni. W mojej wersji rzeczeni artyści śpiewają o tym, o czym naprawdę marzą - odarłem przypisane im utwory z wszelkiej niedosłowności. Nie chcę jednak, żeby film epatował zjadliwością i goryczą. Na pewno nie obędzie się bez przytyków i złośliwości, ale w gruncie zależy nam na lekkości i sowizdrzalstwie. "Polskie gówno" ma śmieszyć, a nie śmierdzieć.

Jaka rola przypadła tobie?

- Zostałem Jerzym Bydgoszczem, wokalistą i gitarzystą Tranzystorów. To postać fikcyjna, która jest wypadkową moich (i nie tylko) doświadczeń muzyka z lat 1985-2008, czyli prawie ćwierćwiecza scenicznej aktywności. Mój bohater jest idealistą. Wierzy w muzyczną misję i ma charyzmę, ale okazuje się kompletnym życiowym nieudacznikiem. Gra koncerty za 100 zł, tarzając się w kurzu sceny każdego klubu. Oczywiście nie do końca mu się to wszystko podoba - widzi, że w mediach i na billboardach rządzi inny przekaz: wokalistka Trzoda, zespoły Zombie, B.Sex czy Filc. Bydgoszcz, podobnie jak jego zespół, wkłada w swą muzykę całe serce i umiejętności, wierząc, że Czesław Skandal [menedżer grupy, brawurowo zagrany przez Grzegorza Halamę], wyniesie ich na piedestał polskiej sceny muzycznej. Czy tak się stanie? Zobaczymy. Bydgoszcz to postać, której nie muszę specjalnie udawać, chociaż wydaje mi się, że jest troszkę mniej dowartościowany i bardziej nieudaczny ode mnie. Ma też trochę inne potrzeby - chętnie skorzystałby z seksualnych usług groupies, które sprząta mu sprzed nosa Skandal, mitoman i seksoholik. Bydgoszcz jest o to zazdrosny, chciałby się bardziej dowartościować, lecz najbardziej zależy mu na muzyce - i tu się znowu spotykamy.

No właśnie. Jerzy Bydgoszcz alias Tymon Tymański znany jest z aktywności artystycznej. Jak zapowiada się ona na najbliższe lata?

- Będę współprowadził "Łossskot" przez najbliższy rok. Trudno jest się skupić na czymkolwiek innym, jeśli przygotowania i zdjęcia do programu zabierają trzy, cztery dni w tygodniu, a koncerty następne trzy. Z tego m.in. powodu drugą płytę mej grupy Tymański Yass Ensemble robiłem przez dwa ostatnie lata, nie mogąc jej dokończyć. W międzyczasie zdążyłem przetłumaczyć amerykański musical "A Chorus Line" Michaela Bennetta - najdłużej grany spektakl na Broadwayu. Udało mi się też namówić Filipa Dzierżawskiego [drugiego z reżyserów "Łossskotu"] na dokumentalny film o grupie "Miłość". Ostatnią rzeczą, nad którą obecnie pracuję, jest album Transistorów o roboczym tytule "Make Better Vodka".

I to wszystko w 40. roku twojego życia. Czego ci życzyć z okazji okrągłej rocznicy?

- Żeby mi i zespołom z mojej wytwórni [Biodro Records] udało się zaistnieć na Zachodzie (w sumie może być i Wschód, byleby wyrwać się z tej ciasnoty). Myślę, że jeśli wydam 50 polskich zespołów i sprzedam ich płyty w Londynie czy Berlinie, to udowodnimy tamtejszym słuchaczom, że polska muzyka istnieje, mało tego - jest świeża, oryginalna i ma swój przekaz. Przecież tak naprawdę - pomimo wszelkich oficjalnych danych - ciągle nie jesteśmy w tej samej Europie co Niemcy, Francja czy Portugalia. Czas wyrwać się z tego grajdołka i ruszyć w wielką trasę. A potem zrobić musical pt. "Europejskie gówno". Żartuję. Tak naprawdę najważniejsza jest dla mnie rodzina. Dlatego myślę, że moją czterdziestkę spędzę kameralnie - w domu z najbliższymi. Ot, wielkie mi co - czterdzieści lat. Stefan Karwowski by się załamał - a ja się tym jakoś nie przejmuję, bo w głowie ciągle zielono.