Od ponad dziesięciu lat zajmuję się muzyką - piszę teksty i nagrywam płyty. Pięć lat temu ukazał się mój pierwszy krążek. Niestety, wydawca okazał się oszustem. Co prawda podpisał ze mną korzystną umowę, ale potem złamał wszystkie jej punkty. Od tamtej pory wiedziałem, że chcę być niezależny. Postanowiłem założyć działalność gospodarczą.

Ktoś mi podpowiedział, że najlepiej poszukać unijnych programów. I zaczęło się. Byłem zupełnie zielony, więc odbyłem całą drogę - od punktu informacji unijnej, przez agencję rozwoju przedsiębiorczości, do urzędu marszałkowskiego. Okazało się, że idealny dla mnie program, skierowany do studentów i absolwentów, realizuje wydział zarządzania UW. Szkolenia już się zaczęły, ale miałem dużo szczęścia, bo właśnie tego dnia jedna z osób, które przeszły fazę eliminacji, zrezygnowała. Kiedy powiedziałem prowadzącemu zajęcia, że chcę założyć agencję artystyczną, wydawnictwo i sklep internetowy z płytami, usłyszałem "OK, czegoś takiego jeszcze nie mamy". W ciągu godziny musiałem dowieźć ankietę - taki lapidarny opis biznesplanu.

Szkolenia trwały od października do grudnia 2006 roku. Spotykaliśmy się cztery razy w tygodniu na 3-4 godziny. Dostałem tam potężną dawkę wiedzy - od prawa autorskiego, poprzez marketing, PR i reklamę, aż do zarządzania. Do świąt trzeba było napisać biznesplan. Mój miał jakieś dwadzieścia stron plus załączniki. Pamiętam, że włożyłem w jego przygotowanie tyle samo wysiłku, co w napisanie pracy magisterskiej. Najtrudniejsza była część finansowa, więc wszyscy korzystaliśmy z pomocy księgowych. Już w lutym dowiedziałem się, że mam zielone światło i dostanę dotację. W marcu zakładałem firmę.

I wtedy "zaczęły się schody". Musiałem stawić czoła polskiej biurokracji. Kilka razy byłem bliski załamania, gdy przemierzałem miasto (wtedy każdy urząd był w innej części Warszawy) i stałem w długich kolejkach, by wyrobić NIP, REGON, zarejestrować się w urzędzie miasta i urzędzie skarbowym. Nie wszyscy urzędnicy byli wyrozumiali dla mojej niewiedzy. Przebrnąłem jednak przez to wszystko i ostatecznie moja firma - Aloha Entertainment - została powołana do życia. Na dotację musiałem jednak czekać jeszcze pół roku. Trafiłem akurat na okres, kiedy to z urzędu marszałkowskiego wydzielono osobną jednostkę, która przejęła unijne projekty. Trochę więc trwało, zanim uporządkowała swój status i mogła wypłacić nam dotacje.

W sumie dostałem około 25 tys. zł - 17 tys. dotacji, która miała pokryć 75 proc. wartości netto, tego co kupię i roczny zwrot wydatków na ZUS, czyli 700 zł miesięcznie. Dzięki tym pieniądzom moja firma zyskała m.in. laptopa z oryginalnym systemem, dysk przenośny, odsłuchy aktywne renomowanej firmy, dwa mikrofony, kasę fiskalną do sklepu internetowego i oprogramowanie. Niestety, niewiele można przeznaczyć na promocję, więc trochę trzeba było kombinować. Pamiętam, że wiele nocy spędziłem wtedy rozmyślając, jak to wszystko dopiąć.

Skłamałbym, gdybym powiedział że moja firma odniosła spektakularny sukces, a ja zarabiam masę pieniędzy i jestem spokojny o jutro. Nadal muszę walczyć, ale niczego nie żałuję, i po kolei realizuję to, co zapisałem w biznesplanie. Rozwijam sklep internetowy (dziś rano np. byłem na poczcie, gdzie nadałem sześćdziesiąt przesyłek z płytami), prowadzę imprezy, bitwy freestyle'owe i festiwale. Ale największa satysfakcja przyjdzie 26 września, kiedy zerwę folijkę i otworzę pudełko z moją solową płytą "Galimatias", którą sam wydałem.