Z Krzysztofem "Grabażem" Grabowskim rozmawia Artur Tylmanowski

Ściąganie twoich płyt z sieci spowodowało to, że stałeś się, zaraz po Kaziku i Kulcie, najbardziej okradanym polskim artystą. Jak się z tym czujesz?

- Kiedy grasz koncert to wiesz, że połowa ludzi nigdy w życiu nie widziała na oczy twojej płyty. Ale nie mogę ich traktować jak złodziei. Wtedy nie mógłbym grać i wykonywać swojej pracy szczerze. Najnowszy singiel z płyty Strachów na Lachy, którego premierę zaplanowaliśmy na 11 listopada, będzie prawdopodobnie nosił nazwę się "Dlaczego żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w ch...a". Pisząc ten tekst, co prawda nie myślałem akurat o internautach, którzy uszczuplają mój budżet, a raczej o chamstwie i głupocie na forach. Ale to jednak bardzo wymowny cytat do naszej dyskusji

A może tak jak w modelu francuskim i angielskim, ci, którzy nielegalnie pobierają z sieci dorobek intelektualny, powinni zostać odcięci od internetu?

- Na szczęście nie jestem politykiem i nie muszę podejmować takich decyzji. Każdy medal ma dwie strony. Bardzo często internet jest potrzebny artystom, to taki pas transmisyjny między nimi a odbiorcami. Czasami po prostu to narzędzie jest nadużywane. Według mnie, problem tkwi gdzie indziej: artysta nie jest już dla fana kimś wyjątkowym, kto dostarcza strawy duchowej, ale funkcjonuje na zasadzie dostawcy dywanów czy domokrążcy, który sprzedaje kremy do pięt.

Co by było, gdyby ktoś nową płytę Strachów na Lachy wrzucił już teraz do sieci?

- Chronimy ją i strzeżemy jak naszego dziecka. Ale wyciek niewydanych numerów już się nam zdarzył. Przy pierwszej płycie ktoś wykradł nagrania ze studia. W necie znalazło się to chyba 8 miesięcy przed premierą. I w dodatku były to wersje, które my nazywamy "zrzutami" - czyli niezapisane i nieustawione w żaden sposób docelowe tracki. Dzisiaj ludzie są totalnie niecierpliwi, dla nich nie istnieje coś takiego jak data premiery, to, że ktoś sobie to tak zaplanował. To tak, jakbyś przychodził do teatru na zamknięte próby i np. na 8 miesięcy przed premierą przedstawienia napisał jego recenzję, tłumacząc "Bo już się nie mogłem doczekać!". Być może jestem już człowiekiem ery odchodzącej i dlatego nie mieści mi się w głowie odpowiedź w stylu "Ukradliśmy, boście źle pilnowali!".

Ale użytkownicy internetu myślą, że sieć to jest taki wielki kołchoz, z którego można wszystko wynieść, odkręcić, ściągnąć

- Nie chcę nawet myśleć, co siedzi w ich głowach. Podejrzewam nawet, że nie siedzi wiele, a już na pewno nie siedzi tak jak u mnie. Pan Bóg powiedział kiedyś "Czyńcie sobie ziemię poddaną". I są ludzie, którzy potrafią z tych słów korzystać w sposób rozumny, ale są tacy, którzy przeginają. Tak będzie zawsze. Jednocześnie nie czułbym się fajnie, gdyby jakiegoś gościa, który ściągnął mój plik z internetu, posadzono za kratkami. Podejrzewam, że byłbym pierwszym, który by wpłacił za niego kaucję.

Co myślisz o wrzucaniu płyt do pobrania z sieci za darmo jak np. Arctic Monkeys lub za "co łaska", jak w przypadku ostatniego longplaya Radiohead? To możliwe w Polsce?

- Tantiemy, które ja otrzymuję za legalne ściągnięcia mojej muzyki w skali roku oscylują wokół 15-20 złotych za cały mój katalog. A mało kto w tym kraju wie, ile artysta musi włożyć pracy i kasy w to, żeby płyta powstała. My od roku nie zajmujemy się praktycznie niczym, tylko nagrywamy nową płytę. To są dziesiątki tysięcy złotych, chociaż robimy to w sposób w miarę oszczędny. Ale wystarczy 10 minut, jak ktoś ma szybkie łącze, na bezpłatną konsumpcję całej tej pracy. I tak by to u nas wyglądało.