Istnienie ludzkości jest zagrożone, bo wojnę wypowiedziała jej rasa obcych. Ostatnią szansą Ziemian jest kilkuletni chłopiec Ender, w którym rozpoznano przyszłego geniusza wojskowego. Nie wie, że morderczy trening, na który został skierowany, to nie zabawa a rzeczywistość. Tę historię Orson Scott Card opisał w "Grze Endera", powieści z 1985 r. Dostał za nią najbardziej prestiżowe nagrody literatury SF - Hugo i Nebulę. Obie jako pierwszy pisarz w historii dostał również rok później - za kontynuację "Gry..." - "Mówcę umarłych". Teraz na polski rynek trafia "Ender na wygnaniu", którego akcja toczy się pomiędzy wcześniejszymi powieściami. Ender ma w niej 15 lat. Nie może wrócić na Ziemię, bo państwa byłyby gotowe stoczyć o niego wojnę. Zostaje wysłany na ziemską kolonię urządzoną na planecie o nazwie Szekspir.

Michał Wojtczuk: Akcję dwóch pana najsłynniejszych książek - "Gry Endera" i "Mówcę umarłych" dzieli 3 tys. lat. Dlaczego napisał je pan z taką luką? I dlaczego teraz postanowił ją pan uzupełnić?

Orson Scott Card: - "Ender na wygnaniu" nie wypełnia luki. To bardziej napisanie na nowo ostatniego rozdziału "Gry...". Kiedy zacząłem pisać "Mówcę...", Endera w nim nie było. Potem wpadłem na pomysł wykorzystania relatywności upływu czasu przy podróżach z prędkością światła - pasażer takiego pojazdu starzeje się znacznie wolniej w porównaniu z ludźmi, którzy pozostali na planecie. Ender w "Mówcy..." ma 30 lat, czyli w stosunku do "Gry..." postarzał się o 18. Na Ziemi w tym czasie upłynęło 3 tys. lat. W "Mówcy..." widać, że Ender jest postacią wyalienowaną. W "Enderze na wygnaniu" pokazuję, skąd się ta alienacja wzięła.

Będą zatem kolejne książki wypełniające lukę?

- Nie. Piszę książki, na których mi zależy i w nie wierzę. Oczywiście książka z Enderem lepiej się sprzeda, ale to nie jest wystarczający warunek. Na razie pracuję nad projektem osadzonym w świecie Endera - będzie to seria książek i komiksów "Formic Wars" [polski tłumacz będzie musiał się nabiedzić nad tym tytułem, bo "Wojny Robalowe" nie brzmią zbyt atrakcyjne], których akcja dzieje się jeszcze przed jego narodzeniem.

Czy miłość może utrudnić kolonizowanie kosmosu? W "Wygnaniu..." romans między dwojgiem kolonistów zostaje stłumiony w zarodku, bo oznaczałby poważne problemy dla całej kolonii.

- W kolonii było mało kobiet, w trosce o dobrą pulę genów zostało precyzyjnie określone, kto ma być czyim mężem. Na dodatek jeden z dwojga tych kolonistów miał zostać gubernatorem, więc pojawiłyby się oskarżenia o nadużycie władzy. Powiedzmy tak: seks i prokreacja wszystko utrudniają.

W pana książkach dzieci pełnią odpowiedzialne funkcje. Siedmiolatek jest żołnierzem, 12-latek - admirałem, 15-latek zostaje nominowany na gubernatora nowej kolonii. Czy pana zdaniem dzieci stają się coraz bardziej dojrzałe? A może jest dokładnie odwrotnie?

- Jedno i drugie. Żyjemy w społeczeństwie, które opóźnia wejście w dorosłość. Szkoła, studia... Tak naprawdę dorosłym zostaje się, kiedy ma się 24-25 lat. Jednocześnie do szkół posyłane są już nawet czterolatki. Gdzie jest ich dzieciństwo? Dzieci w szkołach uczą się masy niepotrzebnych rzeczy, a po szkole mają dodatkowe zajęcia. "Gra Endera" jest w pewnym sensie odbiciem tego, jak je traktujemy.

Nie przeraża pana, że dziś wojny toczą 18-latkowie, którzy na chłodną komendę "Wyeliminuj cel", zabijają za naciśnięciem guzika?

- Nastolatkowie są sprawniejsi w naciskaniu guzików. Żołnierze zawsze byli młodzi. A że komendy są eufemizmami? Wroga zawsze się odczłowiecza. W czasie drugiej wojny światowej Niemcy i Japończycy byli przedstawiani w karykaturach jako potwory.

Napisał pan książkową wersję filmu "Otchłań" w reżyserii Jamesa Camerona. Nie planuje pan czasem napisać "Avatara"?

- Nie widziałem "Avatara". Słyszałem o nim wystarczająco dużo, by wiedzieć, że nie ma w nim ani krztyny oryginalności. Jest politycznie poprawny, a scenariusz jest kompletnie nieprawdopodobny, bo żadna korporacja nie zachowałaby się w ten sposób, jak ta w filmie. Cameron był kiedyś świetnym scenarzystą, ale już w "Titanicu" pokazał, że nie zależy mu już na historii, tylko na efektach specjalnych. Ja chcę opowiadać ciekawe historie.

Dlaczego żadna z pana książek nie została dotąd sfilmowana?

- Najpierw musi zostać sfilmowana ta najpopularniejsza, czyli "Gra Endera". A ona chyba najmniej się do tego nadaje. Po pierwsze, nie może liczyć na wsparcie nazwisk wielkich aktorów - dorośli mają tylko role drugoplanowe. Po drugie, potrzeba co najmniej sześciorga bardzo dobrych dziecięcych aktorów, a sukcesem jest, jeżeli w filmie jest ich dwoje. Po trzecie, dzieci w "Grze..." poddane są ogromnej presji, są trenowane jak żołnierze i walczą jak żołnierze - trochę ciężko to pokazać. Ale jest szansa. We wrześniu ma być gotowy scenariusz, który z tego, co widziałem, jest bardzo obiecujący. Mam wsparcie dwóch wytwórni filmowych, jest już nawet wybrany reżyser...

Kto nim będzie?

- Nie mogę powiedzieć. Jeżeli wszystko poszłoby idealnie, za dwa lata film mógłby być gotowy. Wierzę, że aktor, który zagra Endera, dziś ma jakieś sześć lat. Jeszcze niedawno byłem przekonany, że ten aktor się jeszcze nie narodził. Jaden Christopher Syre Smith byłby dobry. Ale już jest za stary.

W środę o godz. 18 Orson Scott Card spotka się w Warszawie z czytelnikami (EMPiK Junior, Marszałkowska 116/122)