Ze Stanisławem Soyką rozmawia Artur Tylmanowski

Niektórzy mówią, że Osiecka zawsze się sprzeda. Pan też uległ tej modzie?

- Kiedy się w coś angażuję, nie sprawdzam, jaka jest właśnie koniunktura. Napisałem muzykę do tekstów odłożonych na bok, nieumuzykalnionych, uważając, że może z tego powstać jakaś wartość dodana, szczególnego rodzaju post scriptum. Ci zaś, którzy twierdzą, że Osiecka zawsze się sprzeda, cóż, mają rację.

Dla pana jej teksty są szczególne?

- Agnieszka to jest cała epoka. Pisała piękną, prostolinijną polszczyzną. Potrafiła pisać o Warszawie, o Polsce, o różnych indywiduach. Nieraz jej refleksje bywały krytyczne, lecz nie było w nich ani szczypty jadu. Było za to umiłowanie życia mimo wszystko.

A teksty, które są na tej płycie? Jak pan je wybierał?

- Większości nie znałem, one nie były prezentowane szerszej publiczności, niektóre pochodzą ze spektakli teatralnych, do których Agnieszka pisywała piosenki. Kierowałem się moimi odczuciami. U mnie zawsze jest tak, że w poezji, którą śpiewam, szukam czegoś, co sam chciałbym powiedzieć. Często jest tak, że ktoś ujmie to lepiej niż ja. W ten właśnie sposób udało mi się znaleźć kilka atrakcyjnych przekazów i tekstów, jak ten z piosenki "Tylko brać", czyli "jak pięknie jest rano, gdy jeszcze nie wszystko się stało i wszystko może się stać - tylko brać."

Niektóre z tych piosenek zbliżone są do pana własnych. "Upływa szybko życie" to jakby odpowiednik pana hitu "Tango Memento Vitae".

- Rzeczywiście, to ten sam nurt. Ale "Upływa szybko życie" powstało pod koniec XIX wieku. Agnieszka Osiecka unowocześniła ten utwór, pisząc dwie zwrotki po swojemu. Ta piosenka często pojawia się na weselach czy przy ognisku, ostatni raz słyszałem ją śpiewaną po pijanemu. I chciałem przywrócić jej godność.

Miał pan okazję poznać Agnieszkę Osiecką?

- Gdzieś w 1980 roku przy okazji Festiwalu w Opolu. Z tego co pamiętam, przedstawiła nas sobie Maryla Rodowicz. Oczywiście nie należałem do ścisłego grona jej przyjaciół, bo byłem wtedy smarkaczem. Mogę natomiast z całą pewnością powiedzieć, że cieszyłem się życzliwością Agnieszki. Poza tym byliśmy sąsiadami. Mieszkaliśmy w Warszawie na Saskiej Kępie, mówiliśmy sobie dzień dobry. Agnieszka była, i powiem to bez kurtuazji, niezwykle dobrą osobą. Zawsze skupiona, bez ustanku nad czymś pracująca.

Pan też dużo pracuje. I wciągnął pan w muzykę swoich synów Antka i Kubę.

- Pracują ze mną od 2002 roku. Kuba gra na perkusji i śpiewa a Antek jest naszym dźwiękowcem, odpowiedzialnym za brzmienie. Ale po raz pierwszy, na tej właśnie płycie, Antek dał się poznać również jako instrumentalista. Zagrał na keyboardzie kilka bardzo ładnych melodii, debiutując tym samym także jako wykonawca.

Powiedział pan kiedyś: "Nie gram dla fajerwerków, nie śpiewam, by się popisać. Moją ambicją i pragnieniem jest, by mój śpiew, moje pieśni dodawały otuchy, podnosiły na duchu tych, którzy przychodzą mnie słuchać. Chcę, by wychodzili z koncertu pogodni i umocnieni". Często dowiaduje się pan, że pana muzyka odmieniła czyjeś życie?

- Zdarza się. I to mimo że od lat nie dopuszczam do powstania mojego fanklubu, a kontakt z wielbicielami mam tylko przy okazji koncertów.

Dlaczego nie chce pan fanklubu, przecież to bardzo miłe.

- Są rzeczy ważniejsze niż bycie członkiem jakiegoś fanklubu. Fan, bardziej etymologicznie, kojarzy mi się z fanatyzmem. Poznałem wielu wielbicieli różnych artystów i w oczach niektórych z nich widziałem ten fanatyzm. Nie ukrywam natomiast, że dla mnie ważne jest właśnie to, czy moja sztuka oddziałuje na bliźnich. Dostaję sygnały, że tak właśnie jest. Wiem na przykład, że pewien człowiek, który chciał odebrać sobie życie, kiedy usłyszał w radio mój "Cud niepamięci", zrezygnował. Ta historia mocno mną wstrząsnęła. Ale też przypomniała mi, że właśnie tego chciałem na początku mojej artystycznej drogi - żeby moja muzyka dotykała ludzi.