- Z każdym chłopakiem pracuję tak, jakby kiedyś miał być z niego wielki mistrz. Ale tak naprawdę od razu widać, co kto potrafi i czego można się po nim spodziewać. Kamil był wyjątkowy, dlatego od razu w niego uwierzyłem - wspomina Stanisław Trebunia-Tutka, który przez dziewięć lat prowadził Stocha w LKS Poroniec. Stoch przyszedł tam w 2000 roku i z miejsca zaczął robić furorę. - Zajeżdżaliśmy do Klingenthal, a niemieccy trenerzy przerywali zajęcia i swoim młodym podopiecznym pokazywali, jak skacze Kamil - wspomina Trebunia-Tutka.

Stoch już jako 12-latek skoczył na Wielkiej Krokwi tyle samo, co w drugiej serii niedzielnego konkursu Pucharu Świata - 128 metrów.

- Wtedy był przedskoczkiem w Pucharze Świata kombinatorów norweskich - mówi Apoloniusz Tajner. - Ale często skakał tak daleko. Wiele razy obserwowałem 13-, 14-letniego chłopca, który skakał po 120 m. Już wtedy mówiłem, że to wielki talent - dodaje prezes Polskiego Związku Narciarskiego. Tajner wierzy w Stocha jak mało kto. Przed startem sezonu twierdził, że zawodnik z Zębu, tak jak podczas Letniego Grand Prix, będzie walczył z najlepszymi. Po niedzielnym triumfie Kamila jest przekonany, że ten będzie czarnym koniem mistrzostw świata w Oslo.

Żona dodała skrzydeł

Walka o medale najważniejszej tegorocznej imprezy w narciarstwie klasycznym rozegra się na przełomie lutego i marca. Czy Stoch rzeczywiście odegra w niej istotną rolę? - Kamil wciąż ma rezerwy - twierdzi trener naszej kadry Łukasz Kruczek. Sam Stoch, podbudowany zwycięstwem w Zakopanem, jest przekonany, że stać go na walkę z najlepszymi. Zresztą ci najlepsi są podobnego zdania. I nawet wiedzą, co się za tym kryje.

- Małżeństwo mu służy. Odkąd ma żonę, dostał skrzydeł - mówił starszy o 10 lat Adam Małysz, kiedy na przemian ze Stochem wygrywał konkursy Letniego Grand Prix. Swą wybrankę, starszą o dwa lata Ewę Bilan z Zakopanego, Kamil poznał w 2006 roku, na zawodach Pucharu Świata w Planicy. Studentka pedagogiki, która zaocznie uczy się także fotografii, w Słowenii wystąpiła w roli fotoreporterki. Druga wicemiss Podhala sprzed pięciu lat została panią Stoch 7 sierpnia ubiegłego roku. - Od tego dnia rzeczywiście jestem szczęśliwszy i spokojniejszy - przyznaje Kamil.

Co ciekawe, tego samego dnia Małysz, Maciej Kot, Krzysztof Miętus i Dawid Kubacki wygrali drużynowy konkurs LGP w Hinterzarten. - Przy odrobinie szczęścia razem z Adamem możemy poprowadzić zespół do medalu w Oslo - twierdzi Stoch, który wie, jak grać "drużynowo". W 2004 roku razem z Mateuszem Rutkowskim, Stefanem Hulą i Dawidem Kowalem został wicemistrzem świata w norweskim Strynie. Rok później powtórzył ten sukces w Rovaniemi, startując z Pawłem Urbańskim, Wojciechem Toporem i Piotrem Żyłą. Niewiele brakowało, a z Finlandii przywiózłby jeszcze jeden medal. Po pierwszej serii konkursu indywidualnego, w którym startował m.in. Gregor Schlierenzauer, niespełna 18-letni wówczas Polak był drugi. Przegrywał tylko z Czechem Antoninem Hájkiem. W finale Kamil uzyskał 96 metrów. Zostałby mistrzem świata, gdyby nie upadł przy lądowaniu.

Skacze, nie kombinuje

Ale tamten upadek nie załamał Stocha. Zresztą nie był pierwszym, jaki się mu przydarzył. Kiedy Kamil wywrócił się i potłukł jeszcze jako kilkuletnie dziecko, rozpłakał się. Ale nie z bólu, tylko ze strachu, że mama zabroni mu dalej trenować.

A właśnie trenować chciał najbardziej. - Ambitny był strasznie. Ino nerwus - wspomina Trebunia-Tutka. - Jak przegrał bieg do kombinacji, to ciskał kijkami. Jak na obozie przegrał jakikolwiek sprawdzian, to rzucał się i płakał ze złości - dodaje trener.

Bo ambitny nerwus zaczynał - tak jak Małysz - od kombinacji norweskiej. Trebunia-Tutka: - Dobry był. Miał 14 albo 15 lat, kiedy wystartował w mistrzostwach Polski. I na 26 zawodników zajął 12. czy 13. miejsce, a walczył z dorosłymi zawodnikami. Bardzo lubił też piłkę nożną, ale kiedy już musiał się na coś zdecydować, z pomocą rodziców wybrał skoki.

Właśnie rodzice - obok żony - są dla Kamila najważniejszymi ludźmi. Mama Krystyna ani myślała zabraniać synowi realizowania się w niebezpiecznej dyscyplinie sportu. Tata Bronisław, z zawodu psycholog sądowy, spędził z synem na skoczniach tysiące godzin.

Kamil przyznaje, że kiedy słuchał Mazurka Dąbrowskiego na zakopiańskim podium, w oku kręciła mu się łza. - Teraz śnię, żeby kiedyś zdarzyło się to na igrzyskach - mówi. Przed Stochem konkursy Pucharu Świata wygrywali tylko trzej polscy skoczkowie - Stanisław Bobak, Piotr Fijas i oczywiście Małysz. Mistrzem olimpijskim był tylko Wojciech Fortuna. Byłoby pięknie, gdyby Kamil mógł kiedyś wpisać do swego CV oba osiągnięcia.