Janusz Rudnicki to jeden z najciekawszych polskich pisarzy. Od lat 80. mieszka w Hamburgu i z takiej oddalonej perspektywy, jako dawny emigrant polityczny ogląda i opisuje polsko-niemiecką i polsko-polską rzeczywistość. Na stałe współpracuje z "Twórczością" i wydaje wciąż nie do końca doceniane nagrodami literackimi książki - jak "Cholerny świat", "Mój Wehrmacht" czy rewelacyjna "Śmierć czeskiego psa" (nominowana w zeszłym roku do Nagrody Nike). Tym razem przepisał na nowo swoje najlepsze opowiadania z lat 80. i 90. z tomu "Męka kartoflana ". Dla tych, którzy Rudnickiego nie czytali, to dobra okazja, by z tą oryginalną prozą wreszcie się zapoznać.

Jak napisał sam autor, "Męka kartoflana" to "coś jak wywar ze wszystkiego prawie, co napisałem dotychczas. Przejrzany, skrócony, sprasowany do kostki Rudnicki". Rzeczywiście, kondensuje się tu wszystko, co z pisarza najlepsze: narodowe mity z polsko-niemieckimi stereotypami, burzycielski stosunek do klasyków literatury, bezlitosne poczucie humoru, groteska, która wzrusza, a przede wszystkim karkołomny, nieprzewidywalny styl, łączący erudycję teoretyka literackiego z żywiołem mowy potocznej, a soczystą polszczyznę (miejscami staropolszczyznę) z kanciastą składnią niemiecką. Mieszanka w pewnych momentach działająca jak literacki koktajl Mołotowa, powodujący niepohamowane wybuchy śmiechu. Zwłaszcza kiedy Rudnicki występuje w roli niepoprawnego czytelnika. W tekstach "Schulz '92" oraz "Schulz '92. Postscriptum" rozprawia się z prozą autora "Sklepów cynamonowych", nie zostawiając na biednym nauczycielu rysunku z Drohobycza niemal suchej nitki. A to kpiąc ze sztandarowej kategorii jego prozy - dzieciństwa (nazywa ją samograjem piszących), a to punktując powtórzenia i młodopolskie naleciałości, które prowadzą do językowych mielizn i bicia piany - tak jak w opowiadaniu "Wiosna", które Rudnicki nazywa literacką zupą nic. Dialog z tekstem Rudnicki przekształca czasem w kłótnię z autorem. "Kolego Schulz, krzyczę w nieznane, jesienne przestworza, zwracam się do Was z następującą erytemą: czy Wyście dokładnie czytali, coście napisali?" - pyta. W podobnym stylu przebiega rozmowa z dziennikami Nałkowskiej i Dąbrowskiej, które autor czyta, dojeżdżając do pracy: "Z pracy wracam z Nałkowską. Do pracy odwozi mnie Dąbrowska, z pracy Nałkowska, jedna wte, druga wewte, a ja w środku, błogosławiony między polskimi pisarkami (.)".

Teksty zebrane w tomie to także okazja do prześledzenia drogi twórczej pisarza, od najwcześniejszego, jeszcze niezbyt udanego opowiadania "Można żyć" (wraz z historią, jak to nie chciała go opublikować paryska "Kultura") aż po tytułową, "Mękę kartoflaną", surrealistyczną podróż pod banderą Gombrowicza przez polsko-katolickie bezdroża dogmatów, patriotycznych manifestacji, zawikłań martyrologicznych, powodziowych i krzyżowych, dziwnie znajomych i jakże nadal smutno aktualnych.