Z Hubertem Klimko-Dobrzanieckim rozmawia Edyta Błaszczak.

Najpierw Wielka Brytania, potem Islandia, a teraz Bornholm stały się tematem pana książek. Dlaczego wyspy?

- Wyspa to figura psychologiczna. Z jednej strony wydaje się rajem, bo nie ma naturalnych wrogów, czyli sąsiadujących państw, a z drugiej strony - jest więzieniem. To najlepiej charakteryzuje nasze życie tu na ziemi - trochę szczęścia i dużo więcej nieszczęścia.

Wyspiarze nie są szczęśliwi?

- Są wolni, ale jednocześnie w strasznym potrzasku. Japonia przez swoje odcięcie stworzyła niesamowite rzeczy w kulturze. Nawet Anglicy jeżdżą po lewej stronie tylko dlatego, żeby było inaczej niż we Francji. Wyspiarze intensywniej wszystko przeżywają, tu dobre rzeczy i świństwa wychodzą szybciej niż na kontynencie. To mała społeczność, która bardzo dobrze się zna i łatwo się dogrzebać do ciekawych historii. Odwiedzam Bornholm regularnie od 20 lat. Nie jeżdżę tam na rower...

Tylko szuka pan inspiracji.

- Pomysł, żeby napisać o Bornholmie narodził się pięć lat temu. Pierwowzór historii usłyszałem w pubie.

Tak po prostu przyciąga pan ludzi z niezwykłymi historiami? Wystarczy usiąść przy barze, sami podchodzą i zaczynają opowiadać...

- Nie, najczęściej najpierw trzeba postawić. I to nie są tanie sprawy. Piwo w barze na Bornholmie kosztuje 55 koron, czyli ponad 30 zł. Ale za dobrą historię jestem w stanie postawić kilka piw.

Skąd pan wie, w kogo warto zainwestować?

- Trzeba obserwować gościa, czy gada. Jak gada, to znaczy, że opowie. Jak milczy to trzeba mu kupić więcej piw.

To komu pan stawiał, żeby opowiadał o wojnie?

- Jeden rybak opowiedział mi, że widział, jak bezładunkowy pocisk V1 uderzył w plażę, na której kochała się duńska para. U mnie w książce to niemiecki żołnierz i Dunka. Ten rybak miał przy sobie aparat fotograficzny i zrobił pierwsze zdjęcia tego rozwalonego pocisku. To jakoś przedostało się do Brytyjczyków. Zainteresował mnie ten uśmiech historii - z jednej strony naukowcy, politycy i służby specjalne, a z drugiej - akt seksualny i aparat fotograficzny.

Ciekawa historia...

- Zacząłem szperać. Okazało się, że niemiecki komandor Bornholmu podczas II wojny światowej urodził się w Poznaniu. Nie tak dawno temu umarł w domu starców w Niemczech. To on podpisywał akt kapitulacji przed Rosjanami w Kołobrzegu. Oni mieli w planach uczynienie wyspy się rosyjskim przyczółkiem, żeby potem terroryzować Europę Zachodnią od strony morza. Wiele takich wspaniałych historii wyszło...

Z wojennej części książki można się uczyć historii. Ale równoległa druga część to spowiedź mężczyzny przed matką. To pańska historia?

- To jest pierwsza książka, w której mnie jest bardzo mało. Śpiączka to miks historii moich kolegów z Anglii. Po wypadku motocyklowym jeden z nich leżał dwa lata w śpiączce i został wybudzony dzięki kołysankom matki. Codziennie przychodziła do szpitala i mu śpiewała. Gdy wyzdrowiał umiał powtórzyć piosenki dokładnie w tej samej kolejności co ona. Drugiemu kumplowi naprawdę matka zapadła w śpiączkę i zrobił przed nią swoją spowiedź życia.

Dokładnie jak w książce.

- On mi wyznał, że jego matka nigdy go nie słuchała. Skorzystał z tej śpiączki, bo wiedział, że ona go słyszy, ale mu nie przerywa. Pierwszy raz życiu. Pierwszy raz w życiu mógł jej wszystko opowiedzieć, mógł patrzeć na nią z góry. Całe życie było odwrotnie.

Ciekawe - on jej opowiada traumy, kocha ją i nienawidzi, a mimo wszystko kilka razy śmiałam się. Podał pan ten rodzinny syf tak lekko, tak nie po polsku...

- Traumy muszą być serwowane z maską groteski, bo inaczej nie są strawne.

To nie musiało się zdarzyć na Bornholmie.

- Wyspa to tylko dekoracja, historia jest uniwersalna. Ale ja się zgadzam z każdą interpretacją.

Że tak naprawdę opowiada pan o rodzinie?

- Rodzina jest taką szczęśliwą wyspą. Miejscem, gdzie powinno się wracać i być zrozumianym, nawet jak się powyrabia straszne głupoty. To najważniejsza rzecz, jaką mamy.