"Hydrozagadka", "Wniebowzięci", "Dziewczyny do wzięcia"... Kobiela, Maklakiewicz, Himilsbach Bracia Kondratiukowie przeżyli swoich aktorów. Choć reżysersko i scenopisarsko działali sporadycznie również przez kolejne dekady, w pamięci kinomanów pozostaną genialnymi obserwatorami lat 60., a zwłaszcza 70. "Milion dolarów" autorstwa Janusza, młodszego z rodzeństwa, jest nudnawą farsą, której wydaje się, że penetruje jakieś prawdy współczesnej Polski. Kraju biedy, wyzysku i pecha, gdzie sytuację może uratować tylko komediowy fart. Słusznie uznawszy się za poszkodowaną przez szefa (epizodzik Materny) i system prosta bankierka, nagrodzona za poskromienie uzbrojonego złodzieja porcelanowym kubkiem (Preis, jak zawsze w formie), postanawia się odegrać. Na świecie, ogólnie. Cichaczem przelewa fortunę odziedziczoną przez sąsiadkę (Barbara Krafftówna) na konto innego sąsiada, młodego sieroty, prawdopodobnie z zespołem Aspergera (Jakub Gierszał), rozpoczynając feerię gagów i omyłek.

To pstra choinka: lekko osadzona w faktach, opleciona papierowym łańcuchem społecznych obserwacji, gdzie wszystko przesłaniają kolorowe bombki. Natrętnie eksponowany biust pani Joanny Kulig - wręcz zasłania niezłą aktorkę. Bieda gdańskich kamienic komunalnych zdaje się kuriozalna. Emerytki wciągające koks, czeski zbir... W takim towarzystwie disco polo w wykonaniu tercetu egzotycznego z Karolakiem (saksofon), Mohrem (klawisz) i Grabowskim (wokal) w składzie - już nie śmieszy. Na szczęście na poważnie komponował tu Leszek Możdżer, więc są chwile oddechu. Ale jeśli warto wybrać się do kina, to z innego powodu. Dla kolejnej - po "Wszystko, co kocham" i "Sali samobójców" - charakterystycznej roli Gierszała. Wśród sprytnie zestawionych przez Kondratiuka aktorów trzech pokoleń tylko 22-latek potrafi wyrwać się z ciasnego kostiumu sitcomowej postaci. Jest o nim głośno, będzie jeszcze głośniej.