Z Januszem Panasewiczem rozmawia Artur Tylmanowski

"Czarne dni, białe noce, ruska flaga na maszt, nie żartować z prezydenta, przecież on był zawsze nasz" - śpiewasz na najnowszej płycie. Interesuje cię polityka?

W tej naszej polityce wszystko zmarniało, skundliło się. Piosenka o której mówisz, czyli "Swojski chaos", to stan mojego ducha po Smoleńsku. Ten nieszczęsny Pałac Prezydencki, codzienne zadymy. W telewizji tylko, że to Ruscy, że nie wolno źle mówić o prezydencie, bo zginął, o zmarłych mówi się tylko dobrze. Ale to jedyny taki tekst na "Maratonie". Nie polemizuję tutaj z nikim, odtwarzam to, co mówili ludzie dookoła po tej tragedii.

Dobrze ci się żyje w Polsce?

Oczywiście! Choć jest kilka pięknych krajów na świecie, nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej.

Nie wypierasz się korzeni, również tego, że jesteś z Olecka.

Po pierwsze to piękne miasto, po drugie tam są fantastyczni ludzie. Dwa lata temu dostałem honorowe obywatelstwo Olecka. Gdzie się da, jestem jego ambasadorem.

To prawda, że zaczynałeś na weselach jako perkusista?

Tak wyszło. Kiedy moja mama wyjeżdżała do USA, przed wyjazdem kupiła mi perkusję, zestaw Polmuza. Miałem też wtedy gitarę, długo więc przed Lady Pank z kolegami grałem na bębnach, głównie chałturki na imprezach. Miałem 16-17 lat. Uczyłem się w Białymstoku, a na weselach dorabiałem sobie na wakacjach.

Byłeś również związany z działającym w Olecku teatrem Meluzyna.

Nie grałem w nim, bo byłem za mały. Ale teatr działał przy klubie WSS-u, w którym grałem jako małolat. Odnosił ogromne sukcesy w Europie, całe Olecko o tym mówiło. To były czasy, kiedy przyjeżdżał do nas sam Krystian Lupa. Kiedyś na próbie w WSS-ie śpiewałem bardzo wysoko i grałem na gitarze jakiś numer. Podszedł do mnie dyrektor teatru i powiedział: "Słuchaj, jak tak śpiewasz, to Ewą Demarczyk na pewno nie zostaniesz". I rzeczywiście, nie zostałem.

Za to niewiele brakowało, a zostałbyś piłkarzem?

Czasy PRL-u były tak nudne, że uprawiałem każdy sport, żeby tylko nie zwariować. Grałem i w hokeja, bo w Olecku były takie tradycje, w piłkę ręczną, w nogę w Czarnych Olecko. Ale tylko do czasu juniorskiego. Później wyjechałem z Olecka. I pojawiła się muzyka, która mi to zabrała. Ale miłość do piłki została mi do dzisiaj. Jak mam czas, udzielam się komentatorsko w pewnej stacji.

Ale do Lady Pank trafiłeś dzięki wojsku.

Byłem sześć tygodni w Węgorzewie, potem trafiłem do Ełku. Tam było super, miałem rzut beretem do domu, w jednostce był zespół. Zagrałem na jakiejś imprezie i wtedy ściągnęli mnie do zespołu reprezentacyjnego Wojska Polskiego - Desantu. Wtedy poznałem założyciela i tekściarza Lady Pank - Andrzeja Mogielnickiego.

Od razu wzięli cię do Lady Pank?

No co ty! Nagrałem demo i pamiętam, że wyszło koszmarnie. Janek Borysewicz stwierdził, że jest za słabo. Ale i tak ściągnęli mnie do studia, z Lady Pank nagrałem dwie pierwsze piosenki. Po miesiącu Mogielnicki powiedział: "Witamy w Lady Pank!".

Podobno tuż przed odejściem z wojska trafiłeś do karnej kompanii.

Wszystko dlatego, że odmówiłem występu z okazji 22 Lipca. Był stan wojenny, a Telewizja Polska zaproponowała mi występ z pewną znaną piosenkarką. Miałem po cywilnemu, w marynarce, zaśpiewać jakąś patriotyczną piosenkę. Janek Borysewicz i Andrzej Mogielnicki dali mi ultimatum: "Jak tam pójdziesz, to już cię nie ma w Lady Pank". Odmówiłem, ale byłem żołnierzem. I zaraz przyszedł rozkaz, żeby mnie odsunąć jak najdalej od domu i Olecka, i wysłać do Sanoka.

Było tak źle?

Było super. Wtedy właśnie piosenki Lady Pank zaczęli grać w radiu. Koledzy w jednostce myśleli, że zwariowałem, bo w radiu leci Lady Pank, a ja mówię: "To właśnie ja teraz śpiewam" a oni "Puknij się w łeb. Ty siedzisz tu teraz z nami w wojsku, więc jak możesz tam śpiewać!". Przeleżałem te dwa miesiące na łóżku, czekając na wolność. Po wyjściu pojechałem do Olecka. W jedną noc spakowałem walizkę i pojechałem do Kalisza na pierwszy w historii koncert Lady Pank. To był sierpień 1982 roku.

A jak się potoczą losy Lady Pank przez kolejne 30 lat tego maratonu?

Na pewno nie myślimy o odpoczynku. Nie warto. Poza tym nagraliśmy płytę, fajnie nam poszło. Uwielbiamy grać koncerty. To tak jak z przejściem na emeryturę: ludzie, którzy wyłączają się z pewnego trybu, szybko umierają. A ja mam nadzieję, że emerytura nam nie grozi. Mamy mnóstwo pomysłów. W przyszłym roku mamy 30-lecie, więc może na tę okazję wydamy specjalne DVD z Orkiestrą Symfoników Gdańskich? Ja mam w planie drugą solową płytę. Jest co robić.