Jak wygląda twój normalny dzień?

Jestem raczej skowronkiem – wstaję wcześnie, koło 7. Jak na to, że nie muszę iść do pracy na konkretną godzinę, a robię to z własnej woli, to jest wynik całkiem OK. Kiedyś wstawałem jeszcze wcześniej.

To było związane z małym dzieckiem?

Tak, ale dziś mojemu synowi zdarza się już, że śpi dłużej niż ja.

A ile ma lat?

Półtora roku. Dzień zaczynamy od rodzinnego śniadania i jest to nasz rytuał. Potem przez pierwszą część dnia przygotowuję sobie aktywności: piszę scenariusze, coś poprawiam, robię research. A po południu mam spotkania i nagrania. Trzeba mieć świadomość, że o godz. 12 dla kamery słońce jest najgorsze, bo światło pada pod zbyt dużym kątem.

 [...]

Radek KotarskiRadek Kotarski Fot. Agata Jakubowska / Agencja Wyborcza.pl

Najgłupsza zmyślona rzecz, jaką o sobie czytałeś? Ja znalazłem długaśny tekst, który w internecie zamieścił „twój kolega z liceum”, ale okazało się, że to jakieś kompletne bzdury.

To jest tzw. #pasta, czyli zmyślone opowiadania, które pisze się o mniej lub bardziej znanych osobach.

I ten hasztag jest na początku tekstu?

No właśnie na końcu (śmiech). Wkurzyłem się, kiedy to przeczytałem, bo nie wiedziałem, że jest taki „gatunek literacki”, który specjalizuje się w wymyślaniu niestworzonych historii. Potem czytałem kilka innych #past. Są lepsze i gorsze, ale ta jest jedna z lepszych. Inną rzeczą było to, że na początku wszyscy „wiedzieli”, że moim ojcem jest Bogusław Wołoszański. Dzisiaj już mnie to w ogóle nie dziwi, kiedy ktoś mówi na ulicy, abym pozdrowił „tatę”. Boli mnie jednak, gdy ktoś pisze rzeczy wyssane z palca. Na przykład przy okazji książki ktoś stwierdził, że już wcześniej uczyłem się szwedzkiego.

Wyjaśnijmy, że na potrzeby książki „Włam się do mózgu” wylosowałeś, jakiego języka masz się nauczyć w pół roku.

No właśnie i zastanawiam po co ktoś sam z siebie miałby uczyć się szwedzkiego, kiedy oni tam wszyscy mówią po angielsku.

Jak to, po co? Żeby książkę lepiej sprzedać!

No tak (śmiech). I takie rzeczy mnie bolą, bo zrobiłem wszystko uczciwie.

A jakie jest twoje podejście do takich kłamstw: lepiej to ignorować czy za każdym razem prostować?

Niestety mam to drugie podejście i staram się wszystko wyjaśniać. Czasem coś złośliwie odpiszę, ale wiem, że nie ma możliwości zareagować na wszystkie wpisy.

No i jak ktoś „wie swoje” to i tak mu nie przetłumaczysz.

To prawda, ale przynajmniej jak ktoś inny będzie to czytał, nie da się nabrać. Ostatnio ktoś napisał, że mój montażysta to idiota, bo źle obrabia nasze materiały i gołym okiem widać, że są kręcone na green screenie, a da się tak zrobić, żeby nie było tego widać. Cóż, my nie kręcimy na green screenie (śmiech). Odpisałem więc: „Nie wiem kto jest większym idiotą...”

[...]

Czy na to, że tak potrafisz opowiadać o sztuce miała wpływ twoja mama, która jest polonistką i historyczką sztuki?

Myślę że tak. Wiedziała, że dla mnie i mojego brata najważniejsze w życiu są dwie rzeczy: pepsi i playstation. Dlatego, gdy gdzieś wyjeżdżaliśmy, zabierała nas do muzeów. Mieliśmy nogi w tyłkach, gdy chodziliśmy 6 godzin po Luwrze, ale w tej czwartej godzinie, zobaczyłem w końcu obraz i powiedziałem: „To jest fajne. Nie wiem czemu, ale to jest spoko”. Mam wrażenie, że mama bardzo świadomie nas w takie miejsca zabierała. Podczas wycieczki do Wiednia, spędzaliśmy czas w parku rozrywki, ale kolekcja cesarzowej Sisi została pokazana. Być może podświadomie wrażliwość na takie rzeczy pozostała.

Mama uczy w szkole, natomiast twój ojciec związany był ze Stelmetem Zielona Góra. Z drużyną koszykówki?

Tak, bo Zielona Góra jest podzielona między żużlem a koszykówką. Nas piłka nożna nie interesuje i tak mi zostało.

Tata był prezesem klubu. Dlaczego, nie zostałeś koszykarzem. Na pewno grałbyś w pierwszej piątce.

No proszę cię (śmiech), metr osiemdziesiąt w butach. Poza tym, gdy tata zaczął zajmować się profesjonalnie koszykówką, to my już dawno wyfrunęliśmy z gniazda. A wcześniej był przedsiębiorcą i przez długi czas z sukcesami prowadził własną firmę.

Zapytałbym o twoją ostatnią bójkę, ale nie wiem czy jest sens...

Chodziliśmy z bratem i tatą na karate przez wiele lat, więc jak prałem się na treningach, to potem nie miałem ochoty się bić gdzie indziej i pewnie sporo osób nie chciało przez to mnie wypróbowywać. Sztuki walki dały mi pewność, że raczej sobie poradzę w trudnej sytuacji i nie muszę tego sprawdzać.