Igrzyska w Moskwie w 1980 roku były wyjątkowe. Zostały one zbojkotowane przez większość krajów Zachodu i nie zjawili się na nich także reprezentanci USA. Można powiedzieć, że Zimna Wojna i polityka, wygrały wtedy zdecydowanie ze wszystkimi pięknymi ideami niesionymi przez ruch olimpijski.

Władze ZSRR próbowały wykorzystać zawody sportowe  do celów propagandowych. Była to też idealna okazja, żeby zawodnicy z tego kraju całkowicie zdominowali imprezę. Organizatorzy dopuszczali się okropnych manipulacji, imając się wszelkich sposobów, żeby dać fory swoim reprezentantom.

 

Właśnie przypadek Władysława Kozakiewicza jest doskonałym tego przykładem i w sumie trudno dziwić się, że krewki skoczek, w końcu nie wytrzymał. Zresztą polscy sportowcy, którzy mieli okazję wystąpić na tej imprezie, nie raz wspominali, że nasza reprezentacja w Moskwie miała wyjątkowo trudno. Od hotelu, po treningi i wreszcie występy.

Mimo, że Władysław Kozakiewicz jechał do Moskwy jako prawdziwy faworyt, to nie miał szans na złoto. W jego dyscyplinie karty były rozdane, a pierwsze miejsce było zaklepane dla reprezentanta ZSRR - Konstantina Wołkowa.

30 lipca 1980 roku rozegrała się pamiętna walka tyczkarzy. Rosjanie stosowali wszystkie chwyty – od zakazu sprawdzania na jakiej wysokości jest rzeczywiście poprzeczka, po powodowanie przeciągów na stadionie, żeby zmienić kierunek wiatru, na niekorzystny dla konkurentów. Do tego koszmarne zachowanie kibiców na trybunach.

Kozakiewicz przeskoczył czysto 5,70 m i w geście odwetu i radości oraz rozgoryczenia, pokazał słynny gest. Sprawa nabrała atmosfery skandalu politycznego, gdyż transmisja szła na żywo i akcja naszego sportowca poszła w świat. To mu w zasadzie nawet pomogło.

Władze polityczne ZSRR próbowały doprowadzić do dożywotniej dyskwalifikacji i odebrania medalu. Jednak wspomniana wyżej transmisja obiegła świat. Za Kozakiewiczem wstawił się szef Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego Juan Antonio Samaranch. Natomiast amerykański magazyn lekkoatletyczny Track & Field, zamieścił na pierwszej stronie artykuł z wielkim napisem, że Kozakiewicz pokazał zwierzętom z Moskwy, co o nich sądzi.

Gest Kozakiewicza był czymś w rodzaju odwetu za te wszystkie nieprzyjemności, szykany i kombinacje, jakich dopuszczali się gospodarze. Nasz sportowiec zapłacił za to sporą cenę, chociaż z pewnością mogło być gorzej. Po powrocie do Polski, spotkały go rozmaite szykany i w ich rezultacie musiał wyjechać z kraju. W 1985 roku został zmuszony przez władze do wyjazdu z Polski do Niemiec, przez co te same władze nazwały go uciekinierem i zdrajcą. Jednak przeszedł do historii sportu i udowodnił, że ma charakter.