Wszystko dlatego, że tak postanowił Donald Trump, upatrując w TikToku zagrożenia dla bezpieczeństwa interesu państwa i użytkowników i dając jego właścicielowi kilkadziesiąt dni na decyzję o sprzedaży albo zniknięciu z rynku USA. Dziś dowiadujemy się zaś, że gdyby nie CEO Facebooka, to amerykański prezydent mógłby nie wiedzieć jak bardzo nie lubi chińskiej platformy.

Wszystko za sprawą gazety Wall Street Journal, która poinformowała, że Mark Zuckerberg najprawdopodobniej wykorzystał swoje ubiegłoroczne prywatne spotkanie z Donaldem Trumpem do atakowania TikToka i przekonywania prezydenta, że to samo zło. Dziennikarze zwracają uwagę, że to krótko po tym spotkaniu senatorowie zaczęli mówić o obawach związanych z bezpieczeństwem tego serwisu. Przypadek?

Nie sądzę, cytując klasyka, bo jak zauważa rzecznik senatora Josha Hawleya, wygląda to na zaplanowaną akcję Zuckerberga, która ma odwrócić uwagę od problemów Facebooka. Przypominamy, że ten - podobnie jak włodarze Apple, Amazona i Google - musiał stawić się ostatnio w kongresie na przesłuchaniu w sprawie rynkowych praktyk swojej firmy, które budzą wątpliwości ustawodawców. A że można przy okazji pozbyć się rosnącej w siłę konkurencji, no cóż… taki mały skutek uboczny :)

Nie da się ukryć, że jest też kilka innych dowodów sugerujących, że to faktycznie próba poprawienia reputacji Facebooka, bo wystarczy wspomnieć, że Mark Zuckerberg wydał ostatnio ogromne pieniądze na lobbowanie i grupę interesu, które mają na celu zwiększenie wpływów amerykańskich firm technologicznych, głównie FB, w stolicy. Informacje WSJ wydają się w tym kontekście bardzo prawdopodobne i aż strach pomyśleć, co jeszcze może Mark Zuckerberg, skoro słucha go nawet prezydent...