Twórcy serialu High Score z pewnością zdawali sobie sprawę, że w cztery godziny nie da się opowiedzieć dziejów elektronicznej rozrywki. Dokonali też kilku świadomych wyborów, eksponując postaci lub o nich nie wspominając. Wystarczy wspomnieć, że ani jednym słowem nie wymieniono takich nazwisk jak: Baer, Ross, Tramiel, Bromely, Rosen, Greenberg czy Stolar, które miały kapitalny wpływ na rozwój tej branży. Z drugiej strony eksponuje się GayBlade’a. Dyplomacja, polityka i poprawność polityczna?

Autorzy decydują się czasami na wprowadzenie postaci, które z punktu widzenia faktografii tamtych czasów są generalnie zbędne. Przykładem niech będzie facet, który w 1990 roku wygrał w konkursie Nintedo. No fajnie, gratuluję, ale to nie jest ikona tamtych czasów.

Z drugiej strony, takie podejście do tematu i ukazywanie gier retro (chociaż późniejsze odcinki już nie są znowu takie retro), jest dowodem, że twórcy miniserialu nie mieli ambicji, żeby stworzyć obraz operujący na datach, faktach. Myślę, że ich głównym celem było pokazanie fenomenu społecznego, popkulturowego, który rodził się przed laty, a dzisiaj jest poważną gałęzią przemysłu, zarabiającą miliardy dolarów.

 

Opowieść osnuta wokół tego co powstawało w Japonii i Stanach Zjednoczonych. Europę całkowicie pominięto. A szkoda moim zdaniem, gdyż w tych czasie działo się tu całkiem nieźle.

Serial jest z gatunku tych, które połyka się „na raz”. Narracja jest świetna. Realizacja całości bardzo dobra. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie sprawy się zmieściły, a niektóre potraktowano troszkę za płytko. Jednak jest to z pewnością serial, jakiego w telewizji brakowało. Osobiście marzy mi się, żeby powstało coś podobnego o naszym rodzimym podwórku.