Jeśli zastanawialiście się, jak to jest zasiąść za kierownicą potwora mającego pod maską 1750 koni mechanicznych mocy, to musicie zapytać o to profesjonalnego kierowcy Olivera Webba, bo to właśnie on poprowadził SSC Tuatara po nowy rekord. Podczas oficjalnej jazdy udało mu się nie tylko złamać mityczną barierę 300 mil na godzinę (483 km/h), ale i osiągnąć średnią prędkość na poziomie 508.73 km/h oraz maksymalną 532.93 km/h, na stałe zapisując się w historii motoryzacji. Nie da się ukryć, że supersamochody coraz częściej zbliżały się do wspomnianych 300 mil na godzinę i tylko kwestią czasu było, aż któremuś uda się ją złamać. 

 

Przez większą część poprzedniej dekady rekord należał do Bugatti, które w 2010 roku osiągnęło 267,81 mil na godzinę. W 2017 roku w końcu musiało jednak uznać wyższość Koenigsegg, które osiągnęło imponujące 277,87 mil na godzinę, ale nie na długo… w ubiegłym roku odebrało go, bijąc wspomniane 300 mil, ale niestety tylko w jednym kierunku, co nie jest wystarczające do oficjalnego rekordu. SSC nie miało zamiaru popełnić tego samego błędu, choć Tuatara długo nie mogła się zmaterializować i część fanów motoryzacji obawiała się, że pozostanie jedynie piękną wizją.

W zeszłym roku wszystko stało się jednak jasne, auto trafiło do produkcji, a SSC mogło oficjalnie myśleć i mówić o próbie bicia rekordu. Tu przenosimy się do 10 października, kiedy to doszło do oficjalnej próby, choć dopiero wczoraj wszystkie uzyskane wyniki zostały potwierdzone. Tuatara pobiła mityczne 300 mil na godzinę 2 razy w ciągu godziny, podczas jazdy w obu kierunkach, osiągając odpowiednio 301.07 mph (484.53 km/h) oraz 331.15 mph (532.93 km/h), a prowadzący ją Oliver Webb dolał jeszcze oliwy do ognia, twierdząc, że pod maską było wystarczająco mocy na więcej: 

Było tam więcej, wiem, że mogliśmy pojechać szybciej. Kiedy osiągnąłem 331 mph, Tuatara dołożyła 20 mph w ciągu 5 sekund. Samochód wciąż miał parę na więcej. Tylko wiatr boczny przeszkodził nam w odkryciu prawdziwego limitu auta - tłumaczył.