Microsoft od samego początku przyjął strategię promowania swojego next-gena (a teraz to już chyba current-gena) jako najpotężniejszej konsoli w historii, chwaląc się 16 GB pamięci RAM GDDR6, szybkim dyskiem SSD o pojemności 1TB, 8-rdzeniowym CPU Zen 2 o taktowaniu 3,8 GHz i GPU Navi bazującym na nowej architekturze RDNA, które oferuje oszałamiającą moc obliczeniową na poziomie 12 teraflopsów. Wszystko to mocno zdeterminowało przyjęcie urządzenia i mogło skończyć się spektakularną porażką, bo jak wiadomo podzespoły to nie wszystko i gracze mogą nie dać się złapać na marketingowe chwyty, szczególnie jeśli konkurencja, czyli Playstation 5, zaoferuje coś extra. 

Tym razem jednak się udało, a przynajmniej z punktu widzenia Microsoftu, bo koncern już pochwalił się, że Xbox Series X/S zaliczył najlepszy debiut w historii marki. I w sumie można było się tego spodziewać, kiedy usłyszeliśmy o problemach z dostępnością konsol - co prawda w naszym kraju urządzenia można było bez problemu zakupić w przedsprzedaży, a następnie w dniu premiery w sklepach stacjonarnych, ale wystarczył tydzień, żeby sytuacja się zmieniła. W sklepach pojawiły się braki, a jak mogliśmy usłyszeć od szefów firmy, spodziewają się takich problemów jeszcze do końca pierwszego kwartału 2021 roku. A jak to wygląda z punktu widzenia graczy, którzy zdecydowali się zaufać w obietnice Phila Spencera i zdecydowali na zakup? 

Test - Xbox Series XTest - Xbox Series X Krzysztof Żołyński

To się udało

Zacznijmy od tego, co jako pierwsze rzuca się w oczy, czyli designu. Bo choć po ujawnieniu nowego Xboxa część osób żartowała, że ten przypomina lodówkę, to prawda jest taka, że jego stylistyka może się podobać. Otrzymujemy prostopadłościan o dość kompaktowych wymiarach 312 x 157 x 157 mm, który wizualnie wygląda na mniejszy niż to było u poprzednika, czyli Xbox One X, ale jednocześnie ma w środku wystarczająco dużo miejsca, żeby podzespoły miały odpowiednie chłodzenie, a tym samym konsola pracowała cicho. I już teraz możemy powiedzieć, że się udało, bo w porównaniu z urządzeniami poprzedniej generacji, które przy dużym obciążeniu potrafiły brzmieć jak odrzutowiec, tych po prostu nie słychać. 

Co więcej, materiały użyte do produkcji nowego Xboxa wyglądają na dobrej jakości i wszystko zostało świetnie spasowane, więc na próżno szukać tu jakichś niedoróbek. Poza tym, w odróżnieniu od dość problematycznego pod tym względem PlayStation 5, konsolę Microsoftu można bez problemu postawić lub położyć, w zależności od upodobań i możliwości (ale zdecydowanie lepiej prezentuje się w pionie). Do tego matowy czarny kolor pasuje praktycznie do każdego wnętrza, nie rzuca się niepotrzebnie w oczy, a do tego jest łatwy w czyszczeniu - można zapomnieć o rysujących się od patrzenia błyszczących powierzchniach. 

Zanim przejdziemy do “wnętrza” Xboxa Series X warto też wspomnieć o uruchomionej również w naszym kraju usłudze abonamentowej Xbox All Access, dzięki której konsolę można było nabyć w wygodnych ratach, zupełnie jak nowy telefon. To duży plus, szczególnie dla osób, które nie mogły albo nie chciały sobie pozwolić na wydawanie od razu 2199 PLN (w czasie pandemii bywa różnie), ale miały ochotę na przesiadkę na nową generację. W tym wariancie należało podpisać umowę na 2 lata, w ramach której co miesiąc płacimy 145 PLN, zyskując w zamian konsolę oraz dostęp do usług Xbox Live Gold oraz Xbox Game Pass Ultimate (albo 111 PLN, jeśli zdecydujemy się na słabszy wariant Xbox Series S). Ta ostatnia usługa to zresztą as w rękawie giganta z Redmond, bo za 40 PLN miesięcznie umożliwia dostęp do biblioteki ponad 100 gier, którą ostatnio zasiliły również produkcje EA Play. I jest tylko jeden problem, korzystaliśmy z niej już na Xbox One X, więc nie jest to funkcjonalność nowej generacji.

Test - Xbox Series XTest - Xbox Series X Krzysztof Żołyński

Na szczęście tych również nie zabrakło i jedną z najciekawszych jest Xbox Quick Resume, czyli opcja pozwalająca na szybkie przełączanie się między grami, bez konieczności ich wyłączania czy zapisywania stanu gry, bo nowy Xbox utrzyma je w tle. Co więcej, opcja działa również, jeśli wyłączymy konsolę - mówiąc krótko, chociaż ręczne save’y są zawsze dobrym pomysłem, to nowa opcja może posłużyć właśnie jako taki zapis w dowolnym momencie. Microsoft pozwala na takie “zamrażanie” do trzech gier i trzeba przyznać, że działa to świetnie… pod warunkiem, że działa. Należy bowiem uczciwie przyznać, że są gry, które spisują się tu lepiej i takie, gdzie zdarzają się błędy, choć nie są one bardzo częste - w przypadku Call of Duty: Black Ops Cold War kilka razy zdarzyło mi się, że gra nie chciała się wznowić lub wznawiała np. bez dźwięku, więc konieczne było jej przeładowanie. 

Wszystko to jest możliwe dzięki dyskowi SSD i nie da się ukryć, że jest to najważniejsza ze zmian nowej generacji. Uruchamianie gier jeszcze nigdy nie było tak szybkie, a loadingi w grach są dosłownie niezauważalne, a przy poprzedniej generacji potrafiły nieźle dać w kość (nie chcę nawet pamiętać ostatniej części Metro!). Co prawda można mieć pewne zastrzeżenia do jego wielkości, bo do dyspozycji użytkownika zostaje nieco ponad 800 GB (w przypadku PlayStation 5 jakieś 150 GB mniej, ale o tym w osobnym tekście), co w przypadku gier ważących coraz więcej pozwala na trzymanie na dysku dosłownie kilku. 

Niemniej wyposażenie konsol nowej generacji w większe dyski oznaczałoby ogromne koszty, które dla większości graczy byłyby nie do przełknięcia, więc trudno o dobre wyjście z tej sytuacji. Na szczęście pamięć możemy rozszerzyć na kilka sposobów, najłatwiej za pomocą dysku zewnętrznego (choć oznacza to utratę szybkości), a najlepiej - niestety również najdrożej - karty rozszerzenia przestrzeni dyskowej Seagate o pojemności 1 TB, co pozwala replikować możliwości dedykowanego dysku SSD w konsoli i uzyskać dodatkowe miejsce na gry bez utraty wydajności. Może w przyszłości, kiedy dostępne będą rozwiązania od większej liczby producentów, cena spadnie i będzie to realna opcja, bo na razie kosztuje dodatkowy… tysiąc złotych. 

Test - Xbox Series XTest - Xbox Series X Krzysztof Żołyński

Na koniec najważniejsza kwestia, która się udała, czyli możliwości konsoli - tu naprawdę widać, że Xbox Series X to potężna konsola, a wsparcie dla takich technologii, jak śledzenie promieni w czasie rzeczywistym, które zapewnia realistyczne oświetlenie, cienie i odbicia, sprawia, że gry wyglądają po prostu fenomenalnie. Możemy sobie pozwolić nawet na rozgrywkę w 4K i 120 klatkach na sekundę z HDR (choć oczywiście tylko tam, gdzie przewidział to deweloper i mając odpowiedni telewizor, czyli taki z HDMI 2.1), o czym wcześniej na konsolach mogliśmy tylko pomarzyć, ale… 

To się nie udało

… co z tego, skoro na ten moment mówimy o grach dostępnych również na poprzednią generację, ogrywanych za sprawą wstecznej kompatybilności (ta na duży plus dla Microsoftu, bo jest praktycznie pełna!) albo po prostu multiplatformowych, w przypadku nowych konsol nieco podciągniętych. Ba, na starcie Xbox Series X nie ma dosłownie żadnych produkcji ekskluzywnych, które przemawiałby za wyborem tej właśnie konsoli - ja rozumiem, że gigant z Redmond nie był w stanie rywalizować na tym polu z Sony, w związku z czym poszedł inną drogą (Xbox Game Pass), ale żeby kompletnie nic? 

No bo co z tego, że Watch Dogs Legion, Assassin’s Creed Valhalla czy Call of Duty Black Ops: Cold War wyglądają na Xbox Series X nieco lepiej albo chodzą płynniej. To wciąż gry poprzedniej albo co najwyżej w połowie drogi do nowej generacji, które w żaden sposób nie powinny być uznawane za jej wizytówkę. Ba, dla urządzeń wyposażonych w takie podzespoły nie powinny stanowić one żadnego wyzwania, ale co ciekawe i z tym bywają z tym problemy - spróbujcie ray tracingu we wspomnianym Call of Duty Black Ops: Cold War, to przekonacie się, że tylko teoretycznie jest to możliwe, bo wystarczy go włączyć, żeby gra się wykrzaczyła. Mówiąc krótko, dostaliśmy konsole nowej generacji, ale na gry nowej generacji, które zaprezentują ich faktyczne możliwości, musimy jeszcze długo poczekać… jak sugerują przedstawiciele Sony i Microsoftu nawet do 2 lat!

Test - Xbox Series XTest - Xbox Series X Krzysztof Żołyński

Na sam koniec jeszcze jeden malutki kamyczek do ogródka Xboxa Series X, a raczej jego pada - do tej pory kontrolery Xbox były przez większość graczy uznawane za najlepsze, ale tym razem mogą nie wytrzymać konkurencji ze strony Sony. W dużej mierze są one bowiem identyczne jak w poprzedniej generacji, a jeśli gdzieś wprowadzono zmiany, to raczej nie są one na plus. Nowy klikający d-pad bywa irytujący, a tekstura, która miała poprawiać chwyt, działa wręcz odwrotnie. Co prawda zachowanie kontrolera w takiej formie pozwoliło jednocześnie zachować kompatybilność między generacjami, co przy cenie nowych padów jest ważne, a do tego to wciąż świetne pady, ale Sony w końcu odrobiło lekcję. Więcej na ten temat w kolejnym tekście, ale możemy już zdradzić, że DualSense, czyli DualShock na sterydach, to kawał dobrej roboty.

Podsumowując, chociaż Xbox Series X to naprawdę potężna konsola, której trudno wytknąć jakieś większe wady, to z pewnością nie jest to nowa generacja, na jaką czekaliśmy. I nie zrozumcie mnie źle, nie jest to wcale wina samego sprzętu (gra z tymi szybkimi SSD to bajka!), ale podejścia Microsoftu (a także Sony, bo tu nie jest wcale lepiej), który nie zadbał o odpowiednie gry. Co prawda gigant z Redmond chciał nas uraczyć nowym Halo, ale jak się okazało po pierwszych prezentacjach, nie byłaby to wcale miła niespodzianka, więc gra zaliczyła obsuwę, żeby doprowadzić ją do stanu akceptowalnego przez fanów. Trudno przewidzieć, czy jest to w ogóle możliwe bez kasowania całości i zaczęcia od początku, ale to chyba tylko kolejny dowód na to, że chociaż bardzo tego chcieliśmy, nie był to chyba dobry moment na start nowej generacji.