Tak właśnie zrobił pokazując Augustine’a. Niegdyś wizjonera wskazującego ludziom nowy dom, daleko w kosmosie, a obecnie człowieka zmagającego się ze śmiertelną chorobą i wiedzącego jak bardzo zrujnowaliśmy Ziemię, czyniąc z niej piekło. 

'Niebo o północy' - Felicity Jones i David Oyelowo'Niebo o północy' - Felicity Jones i David Oyelowo materiały prasowe Netflix

Przesłanie Nieba o północy jest bardzo bolesne. Kolejny raz dowiadujemy się, że największym złem na Ziemi są ludzie. To my doprowadziliśmy ją do ruiny i porzucamy, uciekając. I co dalej? Zburzymy kolejny dom?

Przygody Augustine’a i Iris to klasyczny film drogi. To, co dzieje się na Ziemi to obfitujące w dramatyczne wydarzenia chwile, podczas których ostatni człowiek na pozostały na Ziemi nienadającej się już do życia, poznaje małą towarzyszkę. Ostatnie dni jego bolesnego życia wypełni troska o jedyne osoby, na których mu zależy i które kocha. 

Przedzierając się przez skutą lodem i pełną niebezpieczeństw krainę, opiekuje się małą, bezbronną dziewczynką. A zmierza do celu, żeby z odległej stacji nadawczej, przekazać wiadomość do powracającego z ważnej misji statku kosmicznego, na którego pokładzie znajduje się druga kobieta, na której mu niezmiernie zależy.

 

Paradoksalnie astronauci odkrywający nowe miejsce do skolonizowania i życia dla ludzkości, wracają na Ziemię już kompletnie nienadającą się do zamieszkania. Większość ludzi skryła się w specjalnych schronach, a wyselekcjonowana grupa wyruszyła, aby zasiedlić księżyc Jowisza. Nowy dom!

Augustine rozlicza się ze swoją przeszłością. Cierpi za sprawą choroby, ale także zdaje sobie sprawę, że zamiast szukać nowego domu, daleko w kosmosie, trzeba było zadbać o Ziemię. To jest właśnie przesłanie filmu - bardzo ekologiczne i wpisujące się w popularny ostatnio trend. Jeszcze mamy czas, żeby nie dopuścić do tragedii. Jeśli wszyscy zaczniemy działać!

'Niebo o północy''Niebo o północy' Philippe Antonello/NETFLIX / Philippe Antonello/NETFLIX

Akcja dzieje się dwuwątkowo. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to, co rozgrywa się na Ziemi, jest dużo lepsze, wartościowe i doskonale skonstruowane. Akcja w kosmosie jest tłem, a efekty zaprzęgnięte do ukazania poczynań astronautów, mają uczynić widowisko bardziej atrakcyjnym. 

Jednak szybko okazuje się, że obfituje w mnóstwo schematów, uproszczeń i spłyca temat. Walka z asteroidami i wreszcie śmierć jednego z członków załogi niewiele wnosi do historii. Dopiero ostatnia scena - rozmowa Augustine’a z ostatnimi załogantami  - kiedy nakazuje im zawrócić do nowego świata, jest pełna emocji i bardzo wzruszająca. 

Aktorstwo Clooneya i młodziutkiej Springall to perfekcja. Ten pierwszy znakomicie wciela się w rolę umierającego naukowca, którego cierpienia spowodowane chorobą potęgują wyrzuty sumienia i rozrachunek z życiem. Z kolei filmowa Iris to rola dziewczynki, niemowy zagrana bardzo dojrzale i cudownie warsztatowo. Mając do dyspozycji ledwie kilka wypowiedzianych słów oraz grę mimiką zagrała jak stary wyjadacz. 

Niestety podobnej szansy nie mieli aktorzy na statku kosmicznym, mimo kilku nieśmiałych prób nie poznajemy ich postaci, a dialogi są płytkie. 

Film powstał na podstawie książki Dzień dobry, północy Lilly Brooks-Dalton, a Clooney występuje tu w dwóch rolach, bo odpowiada także za reżyserię. Czy jest to wielki powrót po kilkuletniej przerwie? Na pewno udało mu się zrobić wzruszające i bardzo autentyczne widowisko. Przesłanie filmu jest bardzo ważne, ale pokazane bez naiwności i tanich, tandetnych gestów