Wygląda na to, że od momentu premiery Sony ma wiecznie za mało konsol PlayStation 5, by zaspokoić potrzeby klientów, a jednocześnie udało mu się dostarczyć na rynek 4,5 mln egzemplarzy - to dokładnie tyle samo, ile w przypadku debiutu PlayStation 4 w 2013 roku, co świetnie pokazuje, że pandemia koronawirusa obeszła się z firmą bardzo delikatnie. Jak jednak można było się spodziewać, tak ciepłe przyjęcie PS5 z pewnością wpłynie na sprzedaż poprzedniej generacji i tak się właśnie stało, bo PlayStation 4 rozeszło się w minionym kwartale w liczbie 1,4 mln sztuk.

Co więcej, przy okazji dowiadujemy się, że Sony wciąż dopłaca do każdego sprzedawanego PlayStation 5, bo jak twierdzi, na początku ustaliło “strategiczne punkty startowe dla PS5, które były… niższe niż koszty produkcji. Nie jest to nic dziwnego w tej branży i dzieje się praktycznie na początku każdej generacji, ale nie da się ukryć, że ma wpływ na zyski firmy. Co jednak ciekawe, te są pomimo tego naprawdę imponujące, do czego przyczynił się głównie dział gamingowy, który zanotował najlepszy kwartał fiskalny w historii firmy z wynikiem 8,4 mld USD dochodu, co oznacza 40% wzrost względem analogicznego okresu ubiegłego roku.

Na zyski Sony też nie może narzekać, bo te były o 50% wyższe (763 mln USD), głównie za sprawą zwiększonej sprzedaży gier, które odpowiadają za 4,6 mld, czyli notują wynik dwa razy lepszy niż hardware. Nie można też nie wspomnieć o 9% wzroście subskrypcji PlayStation Plus i innych usług sieciowych. Mówiąc krótko, pomimo kilku mniej lub bardziej poważnych problemów, Sony może zaliczyć ostatni kwartał do udanych, wykazując rentowność we wszystkich segmentach - z dochodem ze sprzedaży i operacyjnym notującym wzrost o odpowiednio 9,5 oraz 20%, ponownie z gamingiem na czele. Nie pozostaje więc nic innego, jak tylko podkręcić tempo produkcji PS5 i liczyć na jeszcze lepsze wyniki w przyszłości.