Niestety w dziele Joego Penna nie zgadza się właściwie nic. Film przedstawia losy trójki astronautów, którzy biorą udział w mającej potrwać dwa lata misji na Marsa. W tym czasie ich zadaniem jest prowadzenie swoich projektów naukowych, które następnie mają zostać przetestowane na powierzchni czerwonej planety.

 

W skład załogi wchodzą: kapitan Marina Barnett, lekarz Zoe Levenson i biolog David Kim. Szybko jednak okazuje się, że na statku przebywa jeszcze jedna osoba, której zdecydowanie nie powinno być w tym miejscu – członek obsługi naziemnej Michael Adams.

Wraz z odnalezieniem pasażera na gapę załoga statku odkrywa również usterkę w systemie podtrzymywania życia. Sprawia ona, że jest on w stanie wygenerować powietrze tylko dla trzech osób. Misji nie da się zatem ukończyć w komplecie. Powstaje zatem pytanie – czy można poświęcić życie jednej osoby, aby uratować dzięki temu trzy inne. Sam pomysł, na którym osadza się „Pasażer nr 4”, nie jest może najgorszy. Niestety film pełen jest różnego rodzaju głupostek i błędów logicznych.

Po pierwsze i najważniejsze, naprawdę trudno uwierzyć, że przy takim przedsięwzięciu jak misja załogowa na Marsa, nikt nie dostrzegł przed startem, że brakuje jednego członka z ekipy obsługi naziemnej. Facet zwyczajnie zaplątał się w kable i zemdlał. Może przeszłoby to na zwykłym statku, który załadowany kontenerami rusza w podróż z Chin do Europy... ale na statku kosmicznym???!!!

Trudno też uwierzyć, że nikt nie pomyślał o jakimkolwiek planie awaryjnym lub częściach zapasowych pozwalających na naprawienie usterki związanej z tak kluczowym systemem, jakim jest ten odpowiedzialny za podtrzymywanie życia. Prawdę powiedziawszy, załoga jest na wyprawę na Marsa przygotowana mniej więcej tak, jak wycieczka szkolna wybierająca się na Morskie Oko.

Co z grą aktorską – zapytacie? No cóż, pamiętam tyle, że coś tam się działo. W filmie zrezygnowano z głośnych nazwisk, ale jestem przekonany, że nie uratowałby go nawet Jack Nicholson i Leonardo DiCaprio. Bohaterowie są dramatycznie płytcy i jednowymiarowi. Interakcje pomiędzy nimi są banalne i nieciekawe. Wszystkie powyższe mankamenty sprawiają, że „Pasażer nr 4” jest po prostu przerażająco nudny, sztampowy i przewidywalny.

Próba znalezienia jakiegokolwiek jasnego punktu nie jest łatwa. Chociaż trzeba przyznać, że sam pomysł na film miał szanse powodzenia. Wystarczyło „tylko” wszystko zrobić inaczej. Dobrze napisany dramat, umiejscowiony w klaustrofobicznych wnętrzach statku kosmicznego lecącego przez pustkę w stronę Marsa, to przecież coś, co ma prawo się udać. Niestety, nie w tym przypadku.

Na koniec zostawiłem istną wisienkę na torcie. Ostatni fragment filmu, w którym bohaterowie opuszczają statek i wychodzą w przestrzeń kosmiczną. Ktoś, kto odpowiadał za to, co dzieje się w tym czasie na ekranie, najprawdopodobniej nigdy w życiu nie był na ani jednej lekcji fizyki. Nie potrafię uwierzyć, że ktoś zaakceptował taką ilość bzdur, które nijak mają się do nauki.

„Pasażer nr 4” to bardzo, ale to bardzo przeciętne kino. Nieudane połączenie dramatu z science fiction, które rozczaruje fanów zarówno pierwszego, jak i drugiego z wymienionych gatunków.