Wciąż jednak wracam pamięcią do Tbilisi, Mestii czy Batumi. Tym razem opowieść będzie dotyczyła samego podróżowania – poruszania się po tym niewielkim państwie, jakim jest Gruzja. Będzie to zatem historia o kierowcach marszrutek, taksiarzach, przypadkowych osobach, które zabrały mnie na stopa. W kraju słynącym z przyjaznych ludzi i radosnego podejścia do życia wspólne przemieszczanie się rozmaitymi środkami transportu urasta do rangi niesamowitej przygody.

Prawda jest taka, że gdy się jeździ tak, jak jeżdżą Gruzini, to niewątpliwie trzeba liczyć na opiekę sił wyższych. Szota – taksówkarz, który wyjechał po mnie na lotnisko – miał przywieszony na lusterku dużej wielkości krzyż. Miał też mieszczącą się w dłoni ikonę podróżną, którą całował za każdym razem, gdy się zatrzymywał – czy to żeby zatankować paliwo, czy to przy sklepiku, żeby kupić papierosy. Był sympatyczny, ale gadatliwy do bólu i szybko nabrał ochoty na to, by rozlać w samochodzie kolejeczkę wina własnej roboty. – Bo jak mężczyzna wina własnego nie robi i czaczy, to jest picza ostatnia, a nie mężczyzna – tak przynajmniej powiadał Szota, a ja się z nim kłócić nie zamierzałem. 

Było ciemno, noc późna za oknami, a my mknęliśmy przed siebie w stronę Kutaisi. Z naprzeciwka ciągnął sznur samochodów. Co drugi nie miał włączonych świateł, a przy okazji szybko zrozumiałem, że wyprzedzanie na trzeciego stanowi najwyraźniej jedną z narodowych rozrywek.

Marszrutka, którą jechałem dzień później, miała z kolei przednią szybę poklejoną taśmą. Nad nią widniało pięć obrazków ze świętymi i dwie naklejki z zakazem palenia. Kierowca był najwyraźniej buntownikiem, bo odpalał jedną fajkę od drugiej, gadając przy tym jeszcze przez komórkę. Ekwilibrystyczne figury, jakie przy tym wykonywał, w żaden sposób nie przeszkadzały mu jednak w prowadzeniu pojazdu, nawet jeśli busem telepało na wszystkie strony. Na zewnątrz upał jak diabli, szyby pootwierane na oścież, więc wszystko wewnątrz trzepotało w podmuchach wpadającego powietrza. Kółka dymu papierosowego zamieniały się w aureole i zawisały nad głowami świętych uwiecznionych na obrazkach.

Przednią szybę poklejoną taśmą miał również samochód, którym podróżowałem spod lodowca Uszba do Mestii. Jadący nim ojciec i syn postanowili się zatrzymać i zabrać mnie na stopa, czym zaoszczędzili mi wielogodzinnego marszu. Gruzja to w ogóle kraj, w którym łapanie okazji wciąż działa i ma się dobrze. Można sobie przy tym pogadać o różnych sprawach z lokalsami. W tym przypadku kierujący samochodem starszy mężczyzna szybko połączył mnie z krajem mojego pochodzenia i bardzo istotnym wydarzeniem, które miało miejsce w 2010 roku.

Wystarczyło moje „dziękuje, że mnie zabraliście", a już w odpowiedzi usłyszałem: „Z Polszy jesteś, ruskie wam prezydenta zabiły!". Nazwisko Lecha Kaczyńskiego słyszałem swoją drogą w Gruzji wielokrotnie. W Tbilisi odwiedziłem nawet pomnik tragicznie zmarłego prezydenta Polski, który znajduje się przy ulicy jego imienia. Nie zdziwcie się też, jeśli ktoś z waszych gruzińskich przyjaciół wzniesie toast za Lecha Kaczyńskiego – w Gruzji nie jest to nic niezwykłego.

Innego dnia jechałem z taksówkarzem do klasztoru Mocameta. Na miejscu rozpijaliśmy razem lodowatą wodę ze studni, rozmawiając przy tym mieszanką kilku języków. Facet potrafił wymienić z pamięci całą polską reprezentację z mundialu ’74. W Polsce był zresztą dwa razy. Zapamiętał Kazimierza Deynę. Reszta wspomnień uleciała mu z głowy. Deyna zostanie z nim do końca życia. Gdy powiedziałem mu, że trzeba się powoli zbierać, poprosił żebym chwilę poczekał, bo chce się pomodlić za bezpieczny powrót. Nie do końca wiem, co o tym sądzić. Odjechaliśmy jakieś sześć kilometrów od Kutaisi. Skoro gość potrzebuje na te sześć tysięcy metrów boskiej interwencji, to może rozsądniej byłoby wrócić na piechotę.

Bez względu na to z kim jechałem, za każdym razem, gdy mijaliśmy cerkiew, katedrę, kościół, a nawet miejsce, które w lokalnej świadomości uchodzi za święte, kierowca zupełnie przestawał zajmować się drogą, bo w całości pochłaniało go trzykrotne przeżegnanie się. W sposób charakterystyczny dla prawosławnych – ze złączonymi palcami: kciukiem, wskazującym i środkowym. Na abarot. Kreśląc linię od czoła do prawej, a następnie lewej strony klatki piersiowej. W takich chwilach modlą się też w duszy zagraniczni pasażerowie. Bo rozmodlony kierowca to nieszczególnie pewny kierowca. Chociaż kierowca objęty opieką najwyższego, to kierowca pierwsza klasa.

Dokładnie zatem nie wiadomo, czy to dobrze, czy źle, że każdy tu tak skrupulatnie wykonuje te trzy znaki krzyża.