Trzeba przyznać, że Craig nie miał łatwo. Start w roli Bonda był dla niego piekielnie trudny. Przed nim pięć razy w rolę 007 wcielał się Pierce Brosnan. Można o nim różnie mówić, ale akurat do tej roli był stworzony. Facet jakby urodził się w garniturze i luksusowym samochodzie. Nic więc dziwnego, że kiedy w 2004 roku ogłoszono, że jego miejsce zajmie ledwie znany Daniel Craig, fani dostali szału, który trwał długo i z pewnością dał się mocno we znaki debiutującemu aktorowi.

Myślę, że głównym powodem była fizyczność Craiga, który wizerunkowo bardziej pasował do rozwałki w "Szklanej Pułapce" niż salonów Bonda. Zresztą jego kreacja samej postaci także nie podobała się wielu wielbicielom wcześniejszych części. Tym razem Bond stał się bardziej szorstki, opryskliwy i zdecydowanie bliżej było mu do filmów akcji. Sama realizacja kolejnych części poszła zdecydowanie bardziej w realizm i jak niektórzy szyderczo wytykali, stały się one bardzo przyziemne. Powstała nawet specjalna strona internetowa Craig Not Bond zrzeszająca przeciwników tego aktora.

Co ciekawe, Craig nie był nawet wymieniany jako kandydat do następcy Brosnana. Wśród najważniejszych pretendentów byli dwaj najmocniejsi kandydaci: Hugh Jackman i Clive Owen.

Barbara Broccola podjęła dość szaloną, jak się mogło wtedy wydawać, decyzję i postawiła na Daniela Craiga, a "Casino Royale", w którym zadebiutował, okazało się wielkim sukcesem i jednocześnie przekleństwem dla producentów i samego odtwórcy roli Bonda. Ta odsłona została zrealizowana po mistrzowsku. Można powiedzieć, że jest tam wszystko, czego można oczekiwać po filmie o 007. W związku z tym poprzeczka poszybowała bardzo wysoka i przez kolejne 15 lat, Craig próbował ją pokonać, ale nigdy się mu to nie udało. Także w pożegnalnym "Nie czas umierać".

W najnowszym Bondzie wiele rzeczy poszło niestety nie tak. W sumie film jest zlepkiem słabszych i lepszych momentów, przebłysków dobrych reżyserskich pomysłów i gry aktorskiej na bardzo nierównym poziomie. Jednak po kolei...

Tym razem Bond jest emerytem.Stary przyjaciel z CIA prosi go o pomoc. Wiadomo, że kiedy prosi się o wsparcie 007, to może chodzić tylko o ratowanie losów świata, bo super agent zajmuje się tylko sprawami największego kalibru. Okazuje się, że przestępcza organizacja Spectre dysponuje śmiercionośnym wirusem, który może wykończyć ludzkość. Powrót z emerytury odbywa się więc z przytupem i problemami, gdyż Bond dowiaduje się, że jego numer wrócił do puli agentów i już jest kolejny 007. Jest nim nowa agentka, która również zajmuje się tą sprawą i sami rozumiecie, że powoduje to nie jeden problem.

Za reżyserię odpowiada tym razem Cary Joji Fukunaga, którego uwielbiam za "Detektywa". Niestety nie udźwignął on ciężaru pracy przy tak wielkim i dynamicznym widowiskiem, jakim jest "Nie czas umierać". Nie jest to z pewnością porażka, ale debiut w tym gatunku udał się mu się średnio.

Rzecz jasna film aż kipi od pościgów, wybuchów, scen walki i strzelanin. Tego oczekujemy, idąc do kina na każdą część Bonda. Jednak tym razem wychodząc z kina, nie zapamiętałem ani jednej widowiskowej sekwencji, o której chciałoby się pogadać z kumplami przy piwie - wykrzykując: "Ależ oni to zrobili!". O ile trailer wyglądał dość zachęcająco, to w samym filmie nie ma niczego oryginalnego, zaskakującego widza. Można powiedzieć, że wszystko już gdzieś było i zostało przekalkowane do bondowskich realiów. I chociaż poznając nowe przygody Bonda, przemierzamy kawał świata, a trup ściele się gęsto, to naprawdę nie ma tu niczego powodującego opad szczęki.

Fukunaga udowodnił, że znakomicie radzi sobie z kameralnymi scenami i dramatycznymi wątkami. Koncertowo wręcz poprowadził tematy, związane z ukazaniem jak Bond próbuje sobie poradzić z demonami przeszłości i decyzjami podjętymi wiele lat temu, ale kształtującymi jego obecne położenie.

Słabiutko wyszła natomiast relacja pomiędzy parą Daniel Craig - Léa Seydoux. Nie ma tu chemii, energii, tego wszystkiego, czego można by oczekiwać po kochających się ludziach. Partnerka Bonda wypada blado i kompletnie bez ikry. Trzeba przyznać, że Craig usiłuje ratować wspólne sceny, ale przez sztywno zagraną partnerkę, wypadają one jeszcze słabiej.

Co jest niezmiernie ważne w każdym Bondzie? Oczywiście, że czarny charakter, w którego role wcielali się już przeróżni, a czasami bardzo zaskakujący  ludzie. Tym razem zdecydowano się obsadzić aktora, o którego obawiałem się od samego początku. Rami Malek niezmiernie spodobał mi się w „Bohemian Rhapsody", gdzie zagrał odważnie, wszedł w rolę i stał się niemal Mercurym. Tutaj jest kompletne przeciwieństwo tej oskarowej roli. Można powiedzieć, że zagrał "na jednej minie", bez polotu i pomysłu na swojego bohatera. Facet, który ma zniszczyć świat i stać się przeciwnikiem Bonda jest kompletnie niemrawy i bezbarwny. Z pewnością jest to rola zagrana zdecydowanie poniżej możliwości tego aktora.

 

Wydaje mi się, że Daniel Craig zasługiwał na lepiej zrealizowane pożegnanie. Film jest jednym ze słabszych w 15-letniej karierze tego aktora. Warto podkreślić, że on sam zagrał jak zwykle świetnie i zrobił, co mógł, żeby to widowisko miało sens. Żegnamy Daniela Craiga i czekamy na pokaz umiejętności jego następcy. Swoją drogą, to ciekawe, w którą stronę pójdą teraz producenci i scenarzyści przygód Agenta 007.