Aby dotrzeć do Baku musiałem spędzić całą noc w pociągu z Tbilisi w towarzystwie pakistańskiego biznesmena, z którym przegadałem znaczną część tej podróży. Dworzec kolejowy, na którym wysiadłem, wyglądał tak, że zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie przespałem swojej stacji i nie dojechałem jakimś cudem do Tokio. 

Nowoczesny, przepiękny, nieskazitelnie czysty budynek mocno kłócił się z wizją Azerbejdżanu, którą miałem w głowie. Ten dysonans pozostał ze mną przez prawie cały czas pobytu w stolicy. W Baku, po szerokich, kilkupasmowych ulicach pędzą koszmarnie drogie samochody. Po chodnikach snują się wymuskani mężczyźni, za którymi podążają kobiety odziane w nikaby lub burki.

Czerń strojów zakrywających ich ciała mocno kontrastuje z piaskowym kolorem bogato zdobionych budynków. Podziemne przejścia pod ulicami wyłożone są marmurowymi płytami. Piekielnie gorące słońce wisi nad skrupulatnie rozplanowanymi skwerami. Stare mury pamiętające poprzednie wieki przeplatają się tutaj z supernowoczesnymi bryłami.

Jak zachować się na imprezie i nie narobić sobie wstydu?

Meczety kryją się w cieniu oszklonych biurowców, samochody marki Lamborghini stoją przy niewielkiej restauracji, przed którą wisi kilkanaście pięknie utkanych dywanów. Wszystko łączy się ze sobą i przeplata. Azja z Europą, nowoczesne z historycznym, nowe ze starym, przepych ze skromnością. Widać to dokładnie choćby wtedy, gdy zwiedza  się futurystyczne Centrum Kultury Heydara Aliyeva, a następnie meczet jego imienia.

Jak zachowywać się w restauracj?

Całe miasto jest pomnikiem tego dyktatora, który rządził krajem w latach 1993-2003. Fałszowanie wyników wyborów, łamanie praw człowieka, aresztowania działaczy politycznych, torturowanie więźniów, przymusowe eksmisje mieszkańców bez żadnej rekompensaty, burzenie ich domów w celu zastąpienia ich kolejnymi budowlami mającymi na celu podkreślenie siły przywódcy – to tylko malutki skrawek wyczynów Aliyeva. Ale gdy rządzi się krajem, w którym ropa naftowa mogłaby płynąć z kranów w każdym mieszkaniu, to trudno nie czuć się wszechpotężnym. 

Dziś głową Azerbejdżanu jest syn dyktatora Ilham, ale duch jego poprzednika jest widoczny niemal na każdym kroku. Podczas błąkania się po Baku prawie cały czas widzi się trzy ogromne szklane wieże stojące na wzgórzu i górujące nad całym miastem – Flame Towers. Każda z nich pełni inną funkcję. W najwyższej znajdują się luksusowe mieszkania, w środkowej pod względem wysokości hotel, a w najniższej biura. Nocą Ogniste Wieże zamieniają się w jeden wielki ekran, na którym wyświetlane jest niesamowite widowisko. Ich ściany mienią się czerwonym światłem, które układa się w języki ognia. Kolory zmieniają się i przybierają postać mężczyzny trzymającego flagę Azerbejdżanu, która łopocze na wietrze. Widnieją na niej trzy pasy oznaczające trzy siły kształtujące kraj. Widnieje na niej również półksiężyc – symbol islamu.

Ale Baku ma też inne, znacznie skromniejsze oblicze. Któregoś dnia idąc do meczetu, gubię się w plątaninie uliczek i nagle, w ułamku sekundy, trafiam w sam środek biednej dzielnicy przypominającej slamsy. Nie trzeba być specjalnie obeznanym z tematem, żeby wiedzieć, że nie jest to odpowiednie miejsce dla obcokrajowca. Sytuację ratuje mężczyzna, grzebiący przy zdezelowanym samochodzie. Pytam go o drogę, a on łamaną angielszczyzną odpowiada i z chęcią oferuje swoją pomoc.

Ile James Bond zapłaci za ubezpieczenie Astona Martina?

Ponadto, jak przystało na religijnego człowieka, odprowadza mnie aż pod strzeliste minarety, życząc przy tym wszystkiego najlepszego. Poznałem w Baku wielu bardzo przyjaznych i uprzejmych ludzi. Jak choćby kucharz z restauracyjki znajdującej się na starym mieście, sto metrów od polskiej ambasady. Facet przyrządził mi sycącą zupę piti i wygłosił przy tym wykład na temat historii azerskiej kuchni.

W ostatni dzień pobytu w Baku jadę późnym wieczorem metrem, oddalając się od centrum miasta. Jestem jedynym europejczykiem w wagonie, jedynym mężczyzną w krótkich spodenkach i kolorowych butach. Strój, który mam na sobie, mogłoby ubrać co najwyżej tutejsze dziecko. Mężczyźni noszą bawełniane spodnie i mokasyny albo sandały.

Jak zwrócić uwagę komuś, kto głośno rozmawia przez telefon w komunikacji miejskiej?

Nikt się jednak na mnie nie gapi i czuje się bezpiecznie w tym dziwnym kraju i jeszcze dziwniejszym mieście. Z głośników wydobywa się nagle zlepek twardych, kompletnie niezrozumiałych słów. Dopiero po chwili odzywa się przyjemny kobiecy głos, który po angielsku wyczytuje nazwę przystanku: Nariman Narimanov station, Nariman Narimanov station.