Oficjalnie władze uzasadniały działania milicji rzekomą kryminogennością środowiska homoseksualistów, prostytucją i AIDS. Po dziś dzień nie ma pewności, co stało się z tymi dokumentami. Owa niechlubna akcja z czasów PRL stała się inspiracją do napisania przez Marcina Ciastonia scenariusza. Ten z kolei posłużył Piotrowi Domalewskiemu do wyreżyserowania filmu „Hiacynt", który można oglądać na platformie Netflix.

Głównym bohaterem tej historii jest młody, niedoświadczony milicjant Robert (Tomasz Ziętek). Typ faceta z zasadami, wrażliwego na niesprawiedliwość i krzywdę innych. Towarzyszy mu klasyczny zły glina Wojtek Nogaś (w tej roli rewelacyjny Tomasz Schuchardt). Duet ten zostaje przydzielony do sprawy morderstwa dobrze sytuowanego mężczyzny, który okazuje się być powiązany ze środowiskiem osób homoseksualnych. Szybko wychodzi na jaw fakt, że przełożeni Roberta i Wojtka – w tym apodyktyczny ojciec tego pierwszego (Marek Kalita) bardziej od schwytania prawdziwego przestępcy pragną znalezienia kozła ofiarnego i szybkiego zamknięcia sprawy.

Szukanie objawów choroby w Google to nie taki zły pomysł

Robert postanawia jednak na własną rękę dokładniej zbadać sprawę morderstwa. Podczas jednej z obław poznaje młodego studenta Arka (Hubert Milkowski). Nieświadomy niczego chłopak staje się informatorem przekazującym informacje dotyczące środowiska osób homoseksualnych. Z czasem relacja pomiędzy Robertem i Arkiem zaczyna wpływać na życie prywatne i zawodowe młodego milicjanta.

„Hiacynt" nie jest filmem historycznym i nie opowiada prawdziwej historii, jest w niej jednak bardzo silnie zakorzeniony. Klimat PRL-u jest tu zresztą bardzo dobrze oddany – przede wszystkim dzięki rewelacyjnym zdjęciom Piotra Sobocińskiego. Warszawa z czasów PRL-u jest w jego ujęciu wiecznie pogrążona w mroku, przez co nabiera nieco klimatu noir.

Słońce niemal nigdy tu nie wschodzi, jesienna plucha i wilgoć zdają się być namacalne. Nad miastem górują posępne, stalowoszare budynki. Twarze bohaterów filmu spowija cień, a jeśli już pojawia się jakieś mocniejsze światło, to jego źródłem jest neon lub lampka nocna.

Problemem „Hiacynta" jest jednak nierówne aktorstwo. O ile główni bohaterowie tej historii prezentują bardzo wysoki poziom, o tyle pozostałym zdarza się nie nadążać i niestety wpływa to niekiedy na odbiór tego filmu.

Cybernetyczne szarańcze będą węszyć w poszukiwaniu materiałów wybuchowych

Wydaje się też, że postaci drugoplanowe są w większości przypadków zupełnie niewykorzystane. Pojawiają się na moment, gdy są akurat potrzebne, a później zupełnie znikają. Szkoda, bo kilku bohaterów zapowiadało się naprawdę interesująco i mogli oni dodać „Hiacyntowi" nieco więcej treści.

Wyraźnie przegapiono też moment, w którym film powinien się skończyć. Jest w nim taki punkt, który aż się prosił o to, aby zawiesić w nim tę opowieść, zostawić widza z pewnym niedosytem, kazać mu zastanowić się nad tym, co zobaczył. Zamiast tego dostajemy dość tandetny finał, który nieudolnie naśladuje kino amerykańskie.

Jak zachować się w sklepie?

W jednej z recenzji przeczytałam zdanie, iż „Hiacynt dobrze rymuje się z tym, co dzieje się w naszym kraju obecnie". Trudno się nie zgodzić z tą opinią. To jest właśnie największa siła filmu Domalewskiego – mocne zakorzenienie w prawdziwej historii sprzed lat, przy jednoczesnym prezentowaniu współczesnego problemu.