Pierwsza część polskiego slashera została przyjęta całkiem ciepło. Umówmy się, jest to gatunek dość specyficzny i w historii naszej rodzimej kinematografii raczej niewystępujący. Mamy tu groteskę, pastisz, klimaty gore, horror. Mamy różnego rodzaju kalki i schematy opierające się w konsekwencji na tym, że jakaś grupa ludzi trafia w niezbyt przyjazne i dość odizolowane miejsce, a następnie jest tam konsekwentnie mordowana przez jakiegoś złego osobnika – ludzkiego lub z piekła rodem.

Morderstwa z kolei są przerysowane do granic możliwości, brutalne do bólu i efektowne do kwadratu. Tak właśnie z grubsza prezentowała się pierwsza część i spełniała swoją rolę, będąc niezobowiązującą rozrywką nie wymagającą ani krzty myślenia.

To wszystko spowodowało, że do drugiej części zasiadałem z pozytywnym nastawieniem. Byłem po ciężkim dniu i miałem ochotę na trochę taniej rozrywki z pogranicza kiczu i horroru. W zamian za to dostałem jeden z najgorszych filmów jakie miałem (wątpliwą) przyjemność zobaczyć w moim życiu. Cytując jednego z bohaterów tego „dzieła" – „nic się tu kupy, d*py nie trzyma".

Czytaj także: Netflix opublikował pierwszy horror przygotowany przez boty. Zobaczcie co z tego wyszło

Sam punkt wyjścia nie zwiastował jeszcze katastrofy. Mamy tu znajome twarze z poprzedniej części. Mamy kontynuację wątku, który w jedynce został zawieszony i niedopowiedziany. Dało się z tego ulepić jakaś historię. Z jakiegoś jednak powodu twórcy kontynuacji postanowili zrezygnować z konwencji sleshera i zrobić... no właśnie nie wiadomo co. Trudno powiedzieć czy to jest jakaś czarna komedia, stuprocentowa groteska, love story połączone ze świtem żywych trupów.

Czytaj także: Scorpions wraca po latach z nową płytą. Już jest singiel "Peacemaker"

W każdym razie wyszło to źle, oj bardzo źle. Gra aktorska nie powala, ale do się to jakoś przeżyć. W końcu w założeniu miał to być slasher i konia z rzędem temu, kto znajdzie w tym gatunku jakiś tytuł, który został zapamiętany ze względu na wybitne popisy aktorów. Nie da się jednak w żaden sposób zrozumieć tego, dlaczego ten film został całkowicie pozbawiony tempa. Trudno w to uwierzyć, ale akcja niekiedy zostaje wstrzymana i przez 15 lub więcej minut mamy zamiast niej rozmowy o niczym, bez ładu, bez składu, bez sensu. No ale żeby rozmowy mogły być o czymś, to film musi mieć fabułę, musi opowiadać jakąś historię. Ja odniosłem wrażenie, że „W lesie nikt nie zaśnie dziś II" został takowej w ogóle pozbawiony.

Przysięgam, że obejrzałem ten film w całości, od a do z. Musiałem w tym celu zrobić sobie trzy przerwy, ale dotarłem do końca. Nie potrafię jednak powiedzieć, o czym ten film jest, o co w nim właściwie chodzi, po co powstał?

Mało tego, jestem święcie przekonany, że nikt tego nie wie, z twórcami na czele. No dobra, przesadziłem, prawdopodobnie wiadomo, po co powstała druga część. A no po to żeby zarobić na fakcie, że pierwsza część zyskała jakieś tam grono fanów. Można było zatem być prawie pewnym, że sięgną oni po kontynuacje. Ba można było nawet przypuszczać, że rozgłos, który zyskała jedynka przełoży się na zainteresowanie kontynuacją.

Czytaj także: Komiksowy październik - najciekawsze premiery miesiąca

Wszystko ok. Tylko dlaczego ta kontynuacja jest tak okrutnie zła? Nie potrafię pojąć, jak ktoś mógł zaakceptować scenariusz i powiedzieć „spoko, kręcimy". Nie potrafię również pojąć, jak aktorzy biorący udział w tym „widowisku" mogli po przeczytaniu swojej roli powiedzieć „fajne, wchodzę w to". Ten film to absolutna katastrofa.