Prawdę powiedziawszy, nie sposób się z tym twierdzeniem nie zgodzić, bo Rumunia to w rzeczy samej niesamowita kraina zbudowana z kontrastów. To, co ujęło mnie najbardziej w tym kraju, to fakt, że w ogóle nie próbuje on udawać tego, czym nie jest. Nie łasi się na siłę do turystów, nie maskuje niedociągnięć, nie przykrywa prawdy kolorowymi fasadami. Jeśli coś jest ładne, to wynika z naturalnego piękna. Jeśli coś jest brzydkie, to jest brzydkie i tyle. Ta szczerość powoduje, że człowiek szybko zaczyna się czuć dobrze w tym miejscu. Zaczyna chcieć zobaczyć jak najwięcej, zrozumieć to, co go otacza. Jednym słowem, Rumunia jest prawdziwa, surowa i przez to szalenie pociągająca.

Do Bukaresztu najwygodniej dostać się z Polski samolotem – są nawet bezpośrednie połączenia pomiędzy stolicami. Ja jednak wybrałem inną drogę i przekroczyłem węgiersko-rumuńską granicę nocnym pociągiem. Zdecydowanie nie żałuję tego wyboru, bo dzięki temu miałem okazję zobaczyć z okien wagonu prowincję i muszę przyznać, że pierwsze wrażenie było nieco przerażające.

Czytaj także: SanDisk Extreme Portable SDD - kieszonkowy dysk, który przydaje się w podróży

Obudziłem się w pociągu po piekielnie długiej podróży i pierwsze co zobaczyłem to mijana właśnie malutka stacyjka. Znajdowała się pośrodku niczego i wyglądała tak, jakby miała się rozpaść przy pierwszym podmuchu wiatru. Przed nią stała na baczność kobieta ubrana w nieskazitelny mundur kolejowy. Uniform miał kolor granatowy. Tej samem barwy była czapa, którą okazał wściekleczerwony rant. Ten obrazek trwał ledwie ułamek sekundy i przez chwilę myślałem nawet, że mi się przyśnił. Utkwił mi jednak mocno w pamięci, bo było to moje pierwsze zetknięcie z Rumunią.

Czytaj także: Podróże: Szlak Orlich Gniazd. Jedno z najpiękniejszych miejsc w Polsce, do którego można wracać bez końca

Później wcale nie było lepiej. Krajobraz zmienił się w jedną, wielką, ciemnozieloną plamę, którą rozrywały gdzieniegdzie betonowe strupy dawnych fabryk. Po kilku godzinach Bukareszt powitał mnie z oddali gigantycznymi budowlami z wielkiej płyty. Wyjście z pociągu było zarazem podróżą w czasie. Nagle znalazłem się w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich i był początek lat 80.

Cinkciarze proponowali mi wymianę waluty, taryfiarze ciągnęli na siłę do samochodu, przy niektórych ulicach w plastikowych budkach siedzieli policjanci bacznie obserwujący okolicę. Odrapane witryny sklepów łypały do mnie szyldami – Grand Paris, Las Vegas, Manhattan. Wielkie, socrealistyczne budowle wisiały posępnie nad całym miastem...

...A później wszystko nagle się zmieniło. W centrum miasta zobaczyłem nowe budynki, które z powodzeniem mogłyby stać w każdej innej, nawet zachodniej stolicy. Po pięknym parku prowadzącym do Łuku Triumfalnego spacerowali uśmiechnięci, dobrze ubrani ludzie. Było słoneczne, jesienne popołudnie, drzewa połyskiwały żółtymi i czerwonymi liśćmi. Z pobliskich knajpek przygrywała muzyka, wokół śmigały elektryczne hulajnogi, na masztach łopotały flagi państwowe.

Zatrzymałem się w jednej z restauracji i zamówiłem sarmale, które okazały się być absolutnie przepyszne. Po lokalu krzątały się piękne dziewczyny ubrane w narodowe stroje. Popijałem miętę i przyglądałem się temu, jak toczy się życie na ulicach Bukaresztu. Wyglądało to wszystko po prostu bardzo przyjemnie, a ja szybko zacząłem czuć się jak u siebie. Przez chwilę wydawało mi się nawet, że ta Rumunia widziana z okien nocnego pociągu, to jakiś inny kraj, zły sen, który przyśnił mi się w tej koszmarnie długiej podróży.

Wracając do hotelu, postanowiłem odpuścić sobie na kilka chwil mapy Google i po prostu pobłąkać się w plątaninie uliczek, bo to moja sprawdzona metoda na zobaczenie prawdziwej twarzy każdego z odwiedzanych miast. Tym sposobem trafiłem do starej części Bukaresztu, która jest absolutnie fascynująca.

Czytaj także: Podróże: Ziemia Kłodzka i Kotlina Kłodzka. Wspaniały region pełen tajemniczych miejsc i atrakcji

Przeszedłem się robiącym niesamowite wrażenie pasażem Macca-Vilacrosse. Ta reprezentacyjna uliczka z powodzeniem mogłaby być jednym z modnych miejsc spotkań w Londynie czy Paryżu i nikogo nie dziwiłaby jej popularność. Po chwili trafiłem pod cerkiew Stavropoleos. Jej dziedziniec pokryty był grubą warstwą liści, a przestrzeń rozświetlały tylko punktowe światła lamp, co stwarzało tajemniczy, niemal mistyczny klimat. Minąłem przepiękny pałac CEC, który został zbudowany przed laty jako nowa siedziba najstarszego rumuńskiego banku. Przeszedłem też obok posępnego gmachu współczesnego Banku Narodowego.

Wreszcie w drodze powrotnej do hotelu całkowicie zgubiłem orientację w terenie i zaplatałem się w labiryncie uliczek. Koniec końców dotarłem na plac przed budynkiem parlamentu. Potężne, ciężkie i przerażające gmaszysko przypomniało mi obrazki z Korei Północnej. Zrobiło się zimno, więc ruszyłem szybkim krokiem przed siebie. Ulicę dalej musiałem zatrzymać się na czerwonym świetle, które świeciło się w nieskończoność. Gdy wreszcie zmieniło się na zielone, przede mną zatrzymały się dwa pojazdy – pamiętający poprzednią epokę trolejbus, z którego sypała się fontanna iskier oraz nowiutkie, lśniące Porsche.