Sam pomysł na fabułę jest jak najbardziej klasyczny. Mamy głównego bohatera, Fang Yi-Jen, który jest kryminologiem (jak to bywa często w przypadku głównych postaci ma on pewny defekt, mianowicie cierpi na zespół Aspergera), mamy szefa wydziału zabójstw wnikliwego i umiejącego postawić na swoim Kuana, który ma pod sobą kilkuosobową ekipę nieco beztroskich detektywów. Mamy dziennikarkę śledczą Hai-Yin – piękną, profesjonalistkę, która jest mistrzynią w swoim fachu. Mamy wreszcie kilkanaście pobocznych postaci, które w jakiś sposób związane są z serią zabójstw. Bo osią wydarzeń są tu oczywiście morderstwa dokonywane przez nieznaną osobę.

Sprawę gmatwa dodatkowo fakt, że w jakiś sposób z tymi brutalnymi i bardzo nietypowymi mordami zdaje się mieć związek córka wspomnianego kryminologa, którą ten porzucił przed laty, podobnie jak jej matkę. Można byłoby powiedzieć – nic szczególnie oryginalnego.

Ale The Victims’ Game jest pełnokrwistym kryminałem zrealizowanym na najwyższym poziomie. Montaż, prowadzenie akcji, budowanie napięcia – to wszystko jest tu z najwyższej półki. Jednak największą siłą tajwańskiego kryminału są postaci. Bardzo często oglądając amerykańskie seriale po ich zakończeniu pamiętam głównego bohatera, głównego wroga i właściwie nikogo więcej. Reszta często stanowi pretekst to dołożenia jakiegoś niezupełnie potrzebnego contentu. Tu pamięta się właściwie każdego. Drugo - trzecioplanowi bohaterowie są zbudowani z krwi i kości. Każdemu poświęcono tu odpowiednią ilość czasu, każdego zaprezentowano, tak aby można było zrozumieć jego zachowanie. Dzięki temu po kilku odcinkach można się poczuć jakby faktycznie było się w centrum tych wszystkich wydarzeń.

Czytaj także: Gorąca czekolada - rozgrzewa i poprawia nastrój w ponure dni. Jak zrobić? Oto nasz przepis

I o ile główna rola jest interesująca, ale niepowalająca, o tyle losy kilku innych bohaterów śledzi się z zapartym tchem. Dziennikarka śledcza, która musi umiejętnie poruszać się w sieci powiązań, znajomości i szantaży, to zdecydowanie mocna kreacja w tym serialu. Dołóżmy do tego świetnego Kuana i jego świtę detektywów, którzy pełnią rolę postaci mających za zadanie nieco rozluźnić atmosferę. Dodajmy bardzo ciekawe historie kolejnych ofiar i osób z nimi powiązanych, a otrzymamy serial, który przez pełne osiem odcinków trzyma nas w napięciu.

Czytaj także: Dania z surową rybą to nie tylko sushi. Pięć pomysłów na potrawy z rybami

To nie jest produkcja, w której znajdziemy spektakularne pościgi i wybuchy. Nie ma tu kaskaderskich akrobacji, cudów CGI i całej reszty amerykańskiego blichtru. Nie ma zostawiania na siłę dziesięciu furtek do nakręcenia kolejnych sezonów.

Jest dobra, nieśpiesznie prowadzona historia, jest miejsce na budowanie napięcia, na długie kadry i dialogi pozwalające poczuć postaci tego dramatu. Jest wreszcie niewybijająca się na czoło, ale bardzo dobra ścieżka dźwiękowa.

Nie zabraknie też rzeczy, które dla europejskiego widza mogą się wydać dziwne. Przedramatyzowanych scen, kadrów tak poetyckich i symbolicznych, że ich dosadność powoduje lekki uśmiech na twarzy, ale taka jest specyfika tego kina i gdy się z nią opatrzy, to te elementy staną się substancją, która doskonale łączy się z całą resztą dzieła.

Czytaj także: Jak zaparzyć dobrą kawę bez ekspresu? Oto 3 sprawdzone sposoby

The Victims’ Games to serial, który można polecić każdemu, kto lubi historie kryminalne, kto lubi podążać śladami seryjnego mordercy, uczestniczyć w rozwiązywaniu zagadki i kto lubi poznawać bohaterów historii i identyfikować się z ich poczynaniami.