no i nic, niemal zawsze okazuje się to totalną klapą. Z tego właśnie powodu byłem nieco sceptycznie nastawiony do pomysłu Netflixa i Riot Games. Duet ten odpowiedzialny jest za animację „Arcane", opartą na kultowej grze „League of Legends".

Czytaj także: Zapomnijcie o ściereczce do ekranu od Apple za 100 złotych - nadchodzi... gwizdek od Tesli

Okazało się, że moje obawy były zupełnie nieuzasadnione. Napiszę tylko jedno słowo, które właściwie mogłoby zamknąć całą recenzję – Arcydzieło. „Arcane" to prawdziwa uczta wizualna i dźwiękowa, która zawiera w sobie dojrzałą, ciekawą i wciągającą historię.

 

Na początku ważna informacja – nie musicie znać gry „League of Legends" aby w pełni cieszyć się „Arcane". Ba, nie musicie nic wiedzieć o żadnych grach. Serial jest bowiem skonstruowany w taki sposób, by zadowolić zarówno fanów tego uniwersum, jak i osoby, które do świata magii i technologii przybywają po raz pierwszy.

Czytaj także: Zimno i ciemno? Dobry komiks i po problemie!

Historia opowiedziana w „Arcane" toczy się właściwie w dwóch miejscach. Pierwszym jest miasto Piltover – kraina dobrobytu, spokoju i porządku, rządzona przez starożytne rody, które dbają o rozwój tego miejsca, a przy okazji rywalizują ze sobą o wpływy. Drugim jest Zaun, miasto znajdujące się tuż pod stolicą piękna i wiedzy.

Podziemia pogrążone w ciemności, wilgoci i zepsuciu, zamieszkałe przez wyrzutków i tych, którym los nie dopisał. To właśnie w tym miejscu poznajemy dwie główne bohaterki opowieści, siostry Violet i Powder. Dziewczyny wraz z grupą swoich przyjaciół postanawiają pokazać swoją dorosłość i zaradność poprzez dokonanie rabunku na terenie Piltover. Jak nietrudno się domyślić nie wszystko idzie zgodnie z planem. Wpadka okazuje się nieść jednak znacznie większe konsekwencje, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Zaburzone zostaje wypracowane przed laty swoiste zawieszenie broni zawarte przez przywódców obu miast.

Czytaj także: Tesla Cyberquad for Kids, czyli prezent gwiazdkowy dla dziecka z głowy

Oprócz tego Powder wchodzi w posiadanie przedmiotu, który jest w stanie całkowicie zmienić prawa, jakimi rządzi się cały świat.

Powiecie, ot historyjka jakich wiele. Nic bardziej mylnego. „Arcane" jest opowieścią bardzo dojrzałą, a jej największą siłą są wspaniała napisane postaci. Nic nie jest tu czarne lub białe. Nic nie jest tylko dobre lub tylko złe. Każdy ma jakieś jasne strony, ale każdy ma też coś za uszami, skrywa jakąś tajemnice, jest uwikłany w nieoczywiste sojusze. Brak sztywnego podziału na dobrych i złych umożliwia lepsze poznanie motywacji bohaterów. W świetny sposób zostaje ukazana także przemiana niektórych postaci na przestrzeni kolejnych aktów.

To wszystko czyni z produkcji Netflixa i Riot Games widowisko dla wymagającego widza. „Arcane" to nie bajka, niech Was nie zwiedzie fakt, że jest to animacja, w dodatku z baśniowym zacięciem.

Czytaj także: Pozytywne emoty wciąż na topie. Z jakich korzystaliśmy najczęściej w 2021 roku?

Powtórzę jeszcze raz – Arcydzieło. Dźwięk, obraz, tempo, historia – wszystko jest tutaj najwyższych lotów. Próbuję dla balansu znaleźć jakiś minus, jakąś skazę, ale zwyczajnie ich nie ma. Jeśli nie macie jeszcze planów na wieczór, koniecznie włącznie pierwszy odcinek „Arcane". Gwarantuję Wam, że ani się obejrzycie, a będziecie już oglądać ostatni, prosząc w myślach o więcej, znacznie więcej.