Choć od premiery filmu "Don't look up" minęła już chwila, nie słabną jego echa, a przez Internet przetacza się fala zarówno zachwytu, jak i krytyki. Z pewnością film osiągnął swój cel – wzbudził dyskusję. O wierze w nauce, a raczej braku wiary, o katastrofie klimatycznej, o podziale społeczeństwa. Jednak czy tak bardzo różnimy się od filmowej pary dziennikarzy (Tylera Perry'ego i zjawiskowej Cate Blanchet), którzy na chwilę tylko pozwolą sobie przejąć się przyszłością, by za chwilę z lekkością z niej drwić.

W najnowszym dziele Adama McKaya dwójka początkowo nic nieznaczących naukowców (Leonardo DiCaprio i Jennifer Lawrence) odkrywa zagrażającą Ziemi kometę. W tym momencie zaczyna się odliczanie. Ludzkość dostaje pół roku na rozwiązanie problemu, którym nikt się nie chce zająć. W dodatku ci, którym faktycznie zależy na ratowaniu świata, zderzają się ze ścianą ignorancji.

 

Poza gwiazdorską obsadą (Meryl Streep, Timothée Chalamet, Jonah Hill) dostajemy pastisz na filmy katastroficzne. Ludzie czekają na bohatera, który niczym Bruce Willis da pstryczka w nos komecie przy akompaniamencie wzruszającej piosenki, do której płakać będą kolejne pokolenia nastolatek. Nic z tego, bohater którego prezentuje Adam McKay mocno odbiega od hollywoodzkich wzorców. Jest pełnym przemocy i rasizmu byłym żołnierzem. Ale nawet to nie przeszkadza w stawianiu go na piedestale, kiedy liczą się polityczne interesy.

Za to powoli bohaterem staje się doktor Randall Mindy (DiCaprio), który jak na mój gust zbyt szybko z neurotycznego naukowca zamienia się w gwiazdę mediów, próbującą ostrzec ludzkość przed zagrożeniem. Niestety również i jego wysiłek spełza na niczym, a on rozpoczyna walkę sam z sobą, o to jakim człowiekiem przyjdzie mu zakończyć żywot na ziemi.

I tu przechodzimy do analogii do (wybierz dowolnie) pandemii, katastrofy klimatycznej czy kryzysu nauki, który objawia się wiarą w płaską ziemię. Mamy tu wszystko: negację faktów, słynny "gen buntu" przeciw nakazom (tytułowe "nie patrz w górę"), bogatych biznesmenów chcących być jeszcze bardziej bogatszymi. Większość postaci w filmie to gorzka satyra obecnej rzeczywistości. Łącznie z tymi, którzy wciąż wierzą i liczą na to, że jakaś grupa osób (rządzący, politycy czy wpływowi miliarderzy) uratują nas przed niechybną zagładą. Scenariusz filmu i scenariusze tworzone przez naukowców boleśnie pokazują nam, że to złudne nadzieje.

Filmowi bohaterzy są mocno przerysowani. Tu nie ma miejsca na odcienie szarości. Są jednoznacznie pazerni, lekceważący, egocentryczni czy po prostu głupi. Jednak mam wrażenie, że ten zapewne przemyślany reżysersko zabieg doskonale się sprawdza. Za bardzo lubimy siebie wybielać, żeby zauważać subtelne aluzje. W całym tym przerażająco dziwnym świecie, najnormalniej i najracjonalniej zachowującą się jest Kate Dibiasky idealnie zagrana przez Jennifer Lawrence.

Oglądając film zastanawiałam się, co jest z nami nie tak. Jak bardzo potrafimy być zakłamani, zgorzkniali i bezmyślni, by odwracać głowę, gdy ktoś palcem wskazuje nam zagrożenie? Gdzie ewolucja popełniła błąd, że w śniadaniowych telewizjach wolimy słuchać o miłosnych podbojach chwilowych gwiazd i przepisów na 36 dań z groszku, niż naukowych odkryć, które dotkną każdego? Dlaczego wciąż tak wielu wierzy w filmy z żółtymi napisami i dlaczego tak głośno potrafią o nich krzyczeć?

Podzieliliśmy się jako społeczeństwo, a film dobitnie pokazuje, że nie ma powrotu i nawet świszcząca nad głowami kometa nie potrafi zmusić nas do refleksji. Obawiam się, że takiej mocy nie będzie miał również film. I on sam zniknie, po krótkim czasie antenowym, jaki dostał między kotletem, a najnowszym romansem Ariany Grande.